„Opanować przestrzeń” Anna Świdwińska
Na rynku w Mirsku dzieją się dziwne rzeczy. Wokół fontanny ni to pełznąc, ni to latając, zbierają się jakieś kolorowe widma. Rozpierzchają się, spotykają się naradzając, giną w bramie kamieniczki, aby pojawić się na stromym dachu. Z drugiej strony ratusza odbywa się pojedynek dwóch clownów na szczudłach, a przed wejściem do Domu Kultury - inscenizacja „Odysei”: główny bohater ma na nogach klapki-japonki i uśmiecha się pojednawczo, a pozostali strasznie się kłócą. Na urojonym samolocie przelatują obok dwaj inni komicy. Mieszkańcy nie są tym wszystkim zaskoczeni. Oglądali już występy teatrów ulicznych, a sądząc z serdecznego śmiechu - dobrze się bawią.
Clowni odeszli, ale na ziemi jest już narysowany prostokąt - granice umownej sceny. Słychać też muzykę, nostalgiczną i niespokojną, za chwilę na pewno coś się stanie. Nagle pojawia się para młodych ludzi z trudem niosących łóżko i stół. Krążą, szukając właściwego miejsca. Już, już zdaje się, że je znaleźli i są szczęśliwi - aniołowie grają na złotych trąbkach. Ale oto przybywają demoniczne postaci, aby ożywić nadzieje bohaterów, a później odrzeć ich ze złudzeń. Wielkie czarno-białe ptaki usiłują wydrzeć im meble, a drepczący wokół ludzie-robaki szukają drobniejszych przedmiotów. Widzowie stoją nieruchomo i cicho – są już pod urokiem Teatru Snów z Gdańska i ich przedstawienia „Republika marzeń”.
- Czy mógłby Pan scharakteryzować przyjętą przez Was konwencję artystyczną?
ZDZISŁAW GÓRSKI, kierownik Teatru Snów: - Ja to nazywam „teatrem ruchu”, choć właściwszym określeniem byłoby „teatr poetycki bez słów”. Mamy trochę doświadczeń w występach ulicznych i stąd ciągoty, aby opanować coraz większą przestrzeń, zagospodarować ją świadomie i atrakcyjnie. Ulica ma swoje prawa - przechodnia trzeba przyciągnąć, zainteresować, tak, aby z gapia zamienił się w widza. Jego uwagę zwraca m.in. forma happeningu - ale nas to nie interesuje. Skupiamy się na stronie zewnętrznej przedstawienia, jego estetyce oraz takim panowaniu nad widownią, aby zapewnić sobie odpowiednią przestrzeń. Na jednym ze spektakli publiczność podeszła do nas zbyt blisko i scena ludzi-ptaków nie wyszła dobrze, szczudlarze nie mieli miejsca do popisów.
- Wspaniałą cechą ulicy jest to, że ciągle zdarza się coś niespodziewanego. Od inwencji aktorów zależy jak wkomponują te wydarzenia w przedstawienie. Np. wczoraj, w Jeleniej Górze, w plan gry wszedł pijany człowiek, podniósł z ziemi rekwizyt i położył na stole. Gdy jeden z widzów poprosił go, aby odszedł, obraził się i doszło nawet do rękoczynów. To oczywiście zakłóca ustalaną koncepcję, ale liczymy się z takimi przypadkami zwłaszcza w pierwszej części przedstawienia, tzn. w wędrówce z meblami. Wiele potrafimy przewidzieć, ale nie wszystko - na szczęście. Podczas innego przedstawienia widz położył się sam na łóżku. Inny znów postawił piwo na stoliku. Aktor odstawił je i wykorzystał po spektaklu.
- Kim są członkowie zespołu?
- Ala Mojko zajmująca się scenografią i ja jesteśmy instruktorami Ośrodka Teatralnego w Gdańsku, pozostali są studentami rozmaitych kierunków, mamy też jednego ucznia liceum. Wobec członków zespołu stawiamy duże wymagania. Szukamy również osób, które chciałyby włączyć się do naszej pracy bardziej niż amatorsko. Obecnie zastanawiamy się nad zmianą statusu teatru, ale taką zmianą, która nie doprowadzi do komercjalizacji.
- Jakie predyspozycje musi mieć osoba, która chciałaby zostać przyjęta do Waszego zespołu?
- Przede wszystkim chęci. Zamiast egzaminów zapraszamy na warsztat. Po dwóch, trzech tygodniach intensywnej pracy - zostają najlepsi.
- W Gdańsku prowadzicie zajęcia teatralne z dziećmi. Jak w świetle tych doświadczeń oceniacie formy współdziałania z dziecięcą publicznością, które zaistniały na tym festiwalu?
- W Lubawce widziałem pochód dzieci zainspirowany przez grupę teatralną Klinika Lalek. Pracę „Kliniki” oceniam bardzo wysoko - świetnie, że coś takiego się pojawiło. Dzięki niej dzieci nabierają zaufania do teatru, spostrzegaj, że on nie tylko poucza, czy że jest piękny, ale jest dotykalny, można go współtworzyć. Wydaje się to być bardzo potrzebne naszym dzieciom. Przekonuję się o tym obserwując ekspresję dzieci z innych krajów – a tym bardziej dorosłych – i u nas ekspresywność zanika, gdy zostaje się urzędnikiem czy funkcjonariuszem, ale przecież można ją zachować. W naszym kraju ludzie są zbyt smutni, usztywnieni - często brakuje im tolerancji. W pracy z dziećmi ważna jest nauka odwagi w zachowaniu, naturalności. Uczą się pełnienia ról społecznych, przy tym powinny być też świadome pewnych konwencji i umieć zagrać rolę obserwatora.
- Już po raz trzeci Teatr Snów jest uczestnikiem Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze. Jak go Pan ocenia w porównaniu z poprzednimi?
- W tym roku nie było zespołów szczególnie wyróżniających się widowiskowością, pomysłem. Organizatorzy oferują tylko bezpłatny pobyt i benzynę - może to za mało dla niektórych. Od pewnego czasu festiwal ciąży w kierunku clownady, jarmarku, cyrku. Jesteśmy tutaj jednym z nielicznych wyjątków i stąd zapewne nasze notowania, choć przedstawienie, które przygotowaliśmy jest na pewno lepsze od poprzednich. Popisy clownów dają głównie okazję do śmiechu - co jest też potrzebne - my skłaniamy do refleksji.
- Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.
Rozmawiała: ANNA ŚWIDWIŃSKA.
„Opanować przestrzeń” Anna Świdwińska
Nowy Medyk 18, 1-15 listopada 1989
Clowni odeszli, ale na ziemi jest już narysowany prostokąt - granice umownej sceny. Słychać też muzykę, nostalgiczną i niespokojną, za chwilę na pewno coś się stanie. Nagle pojawia się para młodych ludzi z trudem niosących łóżko i stół. Krążą, szukając właściwego miejsca. Już, już zdaje się, że je znaleźli i są szczęśliwi - aniołowie grają na złotych trąbkach. Ale oto przybywają demoniczne postaci, aby ożywić nadzieje bohaterów, a później odrzeć ich ze złudzeń. Wielkie czarno-białe ptaki usiłują wydrzeć im meble, a drepczący wokół ludzie-robaki szukają drobniejszych przedmiotów. Widzowie stoją nieruchomo i cicho – są już pod urokiem Teatru Snów z Gdańska i ich przedstawienia „Republika marzeń”.
- Czy mógłby Pan scharakteryzować przyjętą przez Was konwencję artystyczną?
ZDZISŁAW GÓRSKI, kierownik Teatru Snów: - Ja to nazywam „teatrem ruchu”, choć właściwszym określeniem byłoby „teatr poetycki bez słów”. Mamy trochę doświadczeń w występach ulicznych i stąd ciągoty, aby opanować coraz większą przestrzeń, zagospodarować ją świadomie i atrakcyjnie. Ulica ma swoje prawa - przechodnia trzeba przyciągnąć, zainteresować, tak, aby z gapia zamienił się w widza. Jego uwagę zwraca m.in. forma happeningu - ale nas to nie interesuje. Skupiamy się na stronie zewnętrznej przedstawienia, jego estetyce oraz takim panowaniu nad widownią, aby zapewnić sobie odpowiednią przestrzeń. Na jednym ze spektakli publiczność podeszła do nas zbyt blisko i scena ludzi-ptaków nie wyszła dobrze, szczudlarze nie mieli miejsca do popisów.
- Wspaniałą cechą ulicy jest to, że ciągle zdarza się coś niespodziewanego. Od inwencji aktorów zależy jak wkomponują te wydarzenia w przedstawienie. Np. wczoraj, w Jeleniej Górze, w plan gry wszedł pijany człowiek, podniósł z ziemi rekwizyt i położył na stole. Gdy jeden z widzów poprosił go, aby odszedł, obraził się i doszło nawet do rękoczynów. To oczywiście zakłóca ustalaną koncepcję, ale liczymy się z takimi przypadkami zwłaszcza w pierwszej części przedstawienia, tzn. w wędrówce z meblami. Wiele potrafimy przewidzieć, ale nie wszystko - na szczęście. Podczas innego przedstawienia widz położył się sam na łóżku. Inny znów postawił piwo na stoliku. Aktor odstawił je i wykorzystał po spektaklu.
- Kim są członkowie zespołu?
- Ala Mojko zajmująca się scenografią i ja jesteśmy instruktorami Ośrodka Teatralnego w Gdańsku, pozostali są studentami rozmaitych kierunków, mamy też jednego ucznia liceum. Wobec członków zespołu stawiamy duże wymagania. Szukamy również osób, które chciałyby włączyć się do naszej pracy bardziej niż amatorsko. Obecnie zastanawiamy się nad zmianą statusu teatru, ale taką zmianą, która nie doprowadzi do komercjalizacji.
- Jakie predyspozycje musi mieć osoba, która chciałaby zostać przyjęta do Waszego zespołu?
- Przede wszystkim chęci. Zamiast egzaminów zapraszamy na warsztat. Po dwóch, trzech tygodniach intensywnej pracy - zostają najlepsi.
- W Gdańsku prowadzicie zajęcia teatralne z dziećmi. Jak w świetle tych doświadczeń oceniacie formy współdziałania z dziecięcą publicznością, które zaistniały na tym festiwalu?
- W Lubawce widziałem pochód dzieci zainspirowany przez grupę teatralną Klinika Lalek. Pracę „Kliniki” oceniam bardzo wysoko - świetnie, że coś takiego się pojawiło. Dzięki niej dzieci nabierają zaufania do teatru, spostrzegaj, że on nie tylko poucza, czy że jest piękny, ale jest dotykalny, można go współtworzyć. Wydaje się to być bardzo potrzebne naszym dzieciom. Przekonuję się o tym obserwując ekspresję dzieci z innych krajów – a tym bardziej dorosłych – i u nas ekspresywność zanika, gdy zostaje się urzędnikiem czy funkcjonariuszem, ale przecież można ją zachować. W naszym kraju ludzie są zbyt smutni, usztywnieni - często brakuje im tolerancji. W pracy z dziećmi ważna jest nauka odwagi w zachowaniu, naturalności. Uczą się pełnienia ról społecznych, przy tym powinny być też świadome pewnych konwencji i umieć zagrać rolę obserwatora.
- Już po raz trzeci Teatr Snów jest uczestnikiem Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze. Jak go Pan ocenia w porównaniu z poprzednimi?
- W tym roku nie było zespołów szczególnie wyróżniających się widowiskowością, pomysłem. Organizatorzy oferują tylko bezpłatny pobyt i benzynę - może to za mało dla niektórych. Od pewnego czasu festiwal ciąży w kierunku clownady, jarmarku, cyrku. Jesteśmy tutaj jednym z nielicznych wyjątków i stąd zapewne nasze notowania, choć przedstawienie, które przygotowaliśmy jest na pewno lepsze od poprzednich. Popisy clownów dają głównie okazję do śmiechu - co jest też potrzebne - my skłaniamy do refleksji.
- Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.
Rozmawiała: ANNA ŚWIDWIŃSKA.
„Opanować przestrzeń” Anna Świdwińska
Nowy Medyk 18, 1-15 listopada 1989

