Teatr Snów
Teatr Snow

In order to view this object you need Flash Player 9+ support!

Get Adobe Flash player
Joomla! Slideshow

„Sen w plenerze” Waldemar Kaźmierczak

Zdzisław Górski twórca „Republiki marzeń” i główny animator Teatru Snów z Gdańska odpowiada na pytania.

- Zaprezentowaliście widowisko jakby specjalnie przygotowane na Zamojskie Lato Teatralne.

Z.G.: - Rzeczywiście, teatr nasz funkcjonuje w świadomości ludzi jako teatr plenerowy, czy uliczny, bo taka nazwa też nam towarzyszy. Chociaż to co my robimy są to właściwie widowiska plenerowe. Są to spektakle wpisane w ulicę. Staramy się wykorzystać ukształtowanie przestrzeni, w której gramy i architekturę - tę dużą i tę małą.

- Większość widzów z Twoim zespołem zetknęła się po raz pierwszy, spróbuj go przedstawić.

- Miałem tego świadomość, dlatego o wiele wcześniej przesłałem organizatorom trochę informacji o nas. Sądziłem, że zostaną wykorzystane...

- Ugrzęzły gdzieś w szufladzie. Masz okazję skorzystać z naszego pośrednictwa.

- Teatr Snów powstał w 1983 roku. Zadebiutowaliśmy spektaklem „Album snów”, Od 1984 roku pracujemy w Gdańsku w Ośrodku Teatralnym. Od początku interesował nas teatr uliczny. Wiele efektów przejęliśmy właśnie z tego nurtu, w czym ogromnie pomógł nam Lech Raczak z Teatru Ósmego Dnia. Obserwowaliśmy festiwale teatrów ulicznych w Jeleniej Górze, co pozwoliło nam ocenić stan rozwoju tego nurtu teatru i odnaleźć swoją własną poetykę, którą wyprowadzamy z doświadczeń lyońskiej grupy Cosmos Kolej. Miała ona na mnie największy wpływ.

- Czy nie traktujesz ulicy jako łatwego i chwytliwego elementu ułatwiającego kontaktowanie się z publicznością. Owszem, zaletą tego wyboru jest to, że wtapiając przestrzeń przypadkową (nieuwzględnioną konkretnie w scenariuszu) można nałożyć na przedstawienie wiele więcej znaczeń niż w spektaklach, w których wszystkie elementy struktury przedstawienia, w tym i scenografii są stałe.

- To są pozorne łatwości, nim zacznę odpowiadać, zapytam: czy pamiętasz o rodowodzie teatru?

- Europejski powstał na greckiej drodze...

- No właśnie. To co my robimy wyraźnie odwołuje się do źródeł teatru i jest to bardzo istotne. A jeżeli chodzi o popularność, wynikającą z łatwości kontaktowania się z widzem, jaką daje działanie w plenerze, nam na niej wcale nie zależy. Po pierwsze: nie robimy naszego teatru z pobudek komercyjnych. Opłaty, jakie otrzymujemy za spektakl są symboliczne. Z tego również powodu gramy ich więcej w ramach Zamojskiego Lata Teatralnego, żeby zrównoważyć pewne koszty, jakie ponieśliśmy chcąc wziąć w nim udział.

Drugi argument rozwinę bardziej. Jedna z naszych znajomych napisała pracę magisterską na temat teatru ulicznego w Polsce. Podaje tam również przykład naszego zespołu jako jedynego, który potrafi się zmieścić w każdej przestrzeni. I to jest bardzo ważne stwierdzenie. Dowodzi ono i potwierdza nasze intencje, że nie traktujemy przestrzeni jako „łatwego” komponentu w struktury spektaklu, lecz robimy wszystko, aby tę przestrzeń maksymalnie wykorzystać. Zauważyć to można w „Republice marzeń”. Nieprzypadkowo są w niej te najścia, wejścia, zejścia w różnych kierunkach, mimo że gramy w kręgu. Nie dla ułatwienia sobie biegamy dookoła na szczudłach. Robimy to po to, aby widza zaskoczyć m.in. nadlatującymi „ptakami”.

- Teatr uliczny i plenerowy kojarzy mi się z aktywnym udziałem widza. W „Republice marzeń” którą obejrzałem w Zamościu ustawiliście go w miejscu tradycyjnym - na zewnątrz „świętego kręgu”, zmniejszając tym samym możliwość współuczestnictwa.

- Siedząc historię Teatru Grotowskiego dostrzegamy, iż doszedł on do tego, że widza - współuczestnika i współprzeżywającego - zaczął on ustawiać w bezpiecznej pozycji, po to, by mógł on niezagrożony osiągnąć arystotelesowski katarsis. Poza tym nie chcę, aby widz w moich przedstawieniach był uczestnikiem takim, jak w teatrze jarmarcznym. Nie lubię tego. Robię celowo coś innego, choć kiedyś taki teatr mnie pociągał. Z tych doświadczeń wyciągnąłem wniosek, że widz musi być w pozycji aktywnego obserwatora, że zaproszenie go przez clowna, aby potrzymał linkę nie daje mu nic istotnego, tak samo jak pozostałym, obserwatorom tego zdarzenia.

- Czy udało Ci się osiągnąć tę aktywną więź między zespołem, a widownią w czasie którejś prezentacji „Republiki marzeń” na Zamojszczyźnie?

- W Biłgoraju był to prawdziwy spektakl uliczny, takim jaki on został zaplanowany. Przedstawienie nasze rozpoczyna się wędrówką dwóch par po mieście, ubranych na czarno. Jedna dźwiga stół i krzesła, druga metalowe łóżko. Zaczęły działać w pustej przestrzeni. Widzowie nie czekali na ten spektakl. Dopiero akcja przedstawienia wywołała skupianie się ludzi. Nie obojętnych, zaintrygowanych. Działaliśmy tam w kręgu ludzi, którzy zaczęli uczestniczyć w spektaklu aprobując lub odrzucając - choć bardzo rzadko - to co robiliśmy. Mieliśmy z nimi kontakt. Tutaj w Zamościu nie znaleźliśmy takiego porozumienia z publicznością.

- Dostrzegłem, że cechą waszych plenerowych przedstawień jest ciągłość narracji, jakaś fabuła.

- Tak, nie są to zlepki jakichś tam grepsów bardzo efektownych, ale pustych. My zawsze opowiadamy pewną historię Na trzech poziomach przynajmniej. Na poziomie anegdoty, na poziomie zdarzenia, np. wejście aktorów na szczudłach, z łóżkiem itp., no i ten poziom misji społecznej, który jest w każdym spektaklu. Myślę, że ten typ teatru ulicznego bardziej interesuje i pociąga widza niż kuglarskie sztuczki, jakimi większość animatorów tego gatunku teatru się posługuje.

- Dlaczego ukryliście się pod tak wieloznacznym, a z drugiej strony i ogranym szyldem?

- W Teatrze Snów jest ta poetyka. Uważam, że nazwa zespołu powinna to wyjaśniać. Jeżeli ktoś oglądał moje przedstawienia sadzę, że dostrzeże on pewną liryczność, kojarzącą się z sennymi marzeniami.

- W „Republice marzeń” dominuje czerń, owa nokturnowość jest jakby zaprzeczeniem tego, co ze snem się kojarz - barwności.

- Nam się wydaje jednak, że ten spektakl trochę koloru w sobie ma. Jeżeli to się kojarzy z powagą i ze smutkiem - to źle. Ja wiem, że czerń może się kojarzyć również z dziadostwem i niechlujstwem, ale staramy się eliminować to, stosując czyste i odprasowane kostiumy. Szczególnie ich części białe. Ale na to pytanie jest jeszcze inna bardzo prosta odpowiedź. Jeżeli ktoś widział kolorowych clownów na kolorowej ulicy to dostrzega, że to wcale nie było kolorowe. A my chcemy się wyróżniać. Działamy na dużych przestrzeniach i stosując charakterystyczny, tu w kolorze, kostium jesteśmy szybciej dostrzegani jako obcy. Jesteśmy wtedy uważniej obserwowani. Gdybyśmy to robili na śniegu pewnie ubralibyśmy się inaczej.

- Mam nadziej, że po tej rozmowie „obcość" będzie już tylko kategorią estetyczną i w przyszłym roku zobaczymy was ponownie.

- Chcielibyśmy. Przygotowujemy się do nowego spektaklu, mamy również w planach opracowanie plenerowego przedstawienia dla dzieci. Wszystko będzie zależało od organizatorów.

„Sen w plenerze” Waldemar Kaźmierczak
XV Zamojskie Lato Teatralne
Tygodnik Zamojski nr 27 6 lipca 1990
Theatre of Dreams

Muzyka ze spektakli