Teatr Snów
Teatr Snow

In order to view this object you need Flash Player 9+ support!

Get Adobe Flash player
Joomla! Slideshow

„Czy zagadaliśmy teatr?” Temida Stankiewicz-Podhorecka

Czy zagadaliśmy teatr?

- Pytają się Zdzisław Górski i Alicja Mojko z Teatru Snów w Gdańsku

Teatr Snów powstał w 1983 r. i należy do nurtu alternatywnego. Zadebiutował spektaklem „Album snów”. Od 1984 r. teatr pracuje w Gdańskim Ośrodku Teatralnym prowadząc działalność warsztatowa i impresaryjną oraz zajęcia z dziećmi z zakresu zabaw teatralnych. W swoim dotychczasowym dorobku teatr poszczycić się może zarówno spektaklami plenerowymi, przygotowywanymi z myślą o ulicy, jak i spektaklami w przestrzeni zamkniętej. A także przygotowuje przedstawienia dla dzieci.

Główne zainteresowania zespołu koncentrują się wokół mitu i baśni. Teatr tropi ślady mitów w codzienności, bada sny i ludzkie tęsknoty. Najnowsze premiery to: „W drodze do raju”. „Republika marzeń” oraz „Sanatorium”. Dwa ostatnie spektakle inspirowane są prozą Brunona Schulza. Od kilku lat Teatr Snów uczestniczy w Międzynarodowym Festiwalu Teatru Ulicznego w Jeleniej Górce (w tegorocznej edycji tego festiwalu Teatr Snów okazał się najciekawszym w formie i najdojrzalszym intelektualnie teatrem). Zespół nawiązał już sporo międzynarodowych kontaktów, których wynikiem są zaproszenia na występy gościnne i festiwale zagraniczne. Obok Zdzisława Górskiego, współtwórczynią Teatru Snów, aktorką, głosem doradczym, zwłaszcza w sferze plastycznej, która w tym teatrze odgrywa ogromną rolę, jest Alicja Majko. Dla obydwojga, tzn. dla Alicji Mojko i Zdzisława Górskiego, teatr jest czymś więcej niż tym, co mówi sama nazwa. To ich sposób na życie.

- Nazwa Teatr Snów brzmi pięknie, ale i zobowiązuje.

- Celowo wybraliśmy taką nazwę dla naszego teatru. Wydaje nam się, że nie jest ona zbyt odległa od tego, co proponujemy widzom w spektaklach.

- W jakiego rodzaju literaturze poszukują państwo inspiracji?

- To bardzo różnie bywa. Ostatnio, gdzieś od dwóch lat, jesteśmy zafascynowani twórczością Schulza. I myślimy, że owa fascynacja potrwa jeszcze co najmniej parę lat. Ten niezwykły, oryginalny, swoisty świat Schulza, pełen marzeń i poezji, stanowi nieprzebrane bogactwo, silnie pobudza wyobraźnię i inspiruje. Zresztą nie tylko Polaków. Pokazywaliśmy „Republikę marzeń” w Pradze, gdzie się ogromnie podobała, ale i zainspirowała kilka tamtejszych. Teatrów, które zainteresowały się prozą Schulza.

- Kim są członkowie Teatru Snów?

- Głównie studentami, choć nie tylko. Co roku organizujemy warsztat. Jest to rodzaj naboru kandydatów. Przez cały rok pracujemy bardzo intensywnie. Wymagania są tutaj dość duże, ale chyba warte efektu końcowego. Jeśli ktoś podoła owym wymaganiom. To ma szansę przeżyć z nami wielką przygodę artystyczną. Może to zabrzmi nieskromnie, ale w ciągu jednego roku przeżyje więcej niż w teatrach instytucjonalnych przez kilka lat.

- Na kim wzorujecie się, kto jest waszym autorytetem w pracy teatralnej? Myślę o metodzie artystycznej, wszak prezentujecie dość oryginalny rodzaj teatru.

- Nie wiem czy to, co robimy można by nazwać metodą. Jeśli tak, to sami ją sobie budujemy, wymyślamy różne ćwiczenia, zwłaszcza jeśli chodzi o jakiś szczególny ruch sceniczny. Bardzo interesuje nas to, co dzieje się na scenie między postaciami. A jeśli chodzi o tzw. autorytety, to właściwie dziś nie mamy już takich wzorców do naśladowania. Może one gdzieś istnieją, zresztą na pewno istnieją. My jesteśmy już starszymi ludźmi...

- ...po trzydziestce.

- Ale w teatrze takim jak nasz, to ja jestem już prawie dziadkiem dla tej młodzieży, którą przyjmujemy do naszego zespołu. Przecież to są bardzo młodzi ludzie, mają po 19, 20 i dwadzieścia parę lat. Kiedy rozpoczynałem swoją zabawę w teatr, moją pierwszą fascynacją był Jerzy Grotowski. Bo ja jestem jeszcze z tego pokolenia, dla którego to, co robił Grotowski, zyskiwało żywy oddźwięk nie tylko w środowisku teatralnym. Wtedy nie sposób było przejść obojętnie obok. Potem moją następną fascynacją stał się Kantor. I jest, zresztą, do dzisiaj. Może już nie tak silną jak kiedyś. I na tych dwóch nazwiskach poprzestałbym. Tak więc myślę, że to, co dziś robimy, bierze się z „dotykania”, doświadczania tamtego. Uczestniczyliśmy w warsztacie u Petem Schumanna.

- Tym, który zorganizował w Polsce podczas swego pobytu u nas?

- Tak. Stąd może biorą się nasze silniejsze niż poprzednio zainteresowania plastyczne.

- Nierzadko przygotowujecie spektakle dla dzieci.

- Bardzo interesuje nas praca z dziećmi. W przyszłym roku zamierzamy zrobić duży spektakl dla dzieci i z dziećmi.

- Czy dziecięcy adresat to także efekt rozmiłowania w twórczości Schulza, gdzie - jak wiadomo - istnieje dość silny motyw powrotu do dzieciństwa. Dojrzeć do dzieciństwa - powiada Schulz. Takie trochę „podszycie dzieckiem”.

- Jednak inne niż Gombrowiczowskie. Ale, oczywiście, cała ta trójka: Witkacy, Gombrowicz, Schulz znajdują swój wspólny mianownik w podobnych źródłach. Nas interesują dzieci głównie jako cudowna, wspaniała, świeża widownia. Widownia, która potrafi myśleć symbolicznie i łączyć pewne - dość abstrakcyjne przecież - pojęcia o wiele szybciej niż widz dorosły. A przy tym jest to widownia bardzo wymagająca i trudna, do opanowania. Zwłaszcza, gdy gramy w przestrzeni otwartej na ulicy. Jest to dla nas pewien rodzaj wyzwania, z którym pragniemy się zmierzyć. Oczywiście, nie jest to główny nurt naszej pracy.

- Czy skończył się już dobry czas dla teatrów otwartych, alternatywnych, czas w rodzaju boomu, jaki teatr ten przeżywał w latach 70-tych? I te w skali międzynarodowej. Teatr otwarty na całym świecie stanowił wszak jedną wielką rodzinę. Czy dzisiaj można jeszcze oczekiwać pojawienia się czegoś nowego, oryginalnego? Słowem czy ten teatr - tak jak niegdyś - ma szansę na powrót stać się pożywką, inspiracją twórczą - w zakresie świeżości myślenia, nowej poetyki, oryginalności formy - dla teatru umownie nazywanego studenckim.

- Rzeczywiście, wówczas było to zjawisko wprost fenomenalne. Ale myślę, że jest jeszcze możliwy taki powrót. Siła ruchu tego rodzaju teatru, o którym mówimy, zawsze rodzi się ze szczególnej potrzeby, ze szczególnego, ale możliwego do przeskoczenia rozdźwięku między życiem realnym, społecznym a świadomością zachodzących procesów, zupełnie niezależnych od nas. Oczywiście ten rozdźwięk istnieje przez cały czas, ale być może jest on tak wielki, że wprost niemożliwy do artystycznego wyartykułowania. Co zresztą obserwujemy w ostatnich latach. Jednak – moim zdaniem – młodzież jest nadal poszukująca, ciągle szuka nowych form ekspresji. Ponadto żyjemy w momencie znowu bardzo gorącym w naszej polskiej historii i być może zaowocuje to próbą zmniejszenia owego rozdźwięku. A dziedziną stuki, której będzie dane wyartykułowanie tegoż, stanie się teatr. Czego bardzo byśmy sobie życzyli.

- Czy zgodzą się Państwo ze mną, że język dzisiejszego teatru nie nadąża za myślą, że jest nieadekwatny, zapóźniony w stosunku do treści, które prezentuje?

- Myślę, że o wiele łatwiejsze zadanie mają w tym wypadku inne dziedziny sztuki, takie jak choćby plastyka czy muzyka. W teatrze zaś, będącym przecież dość syntetyczną forma sztuki, jest to o wiele trudniejsze. Nawet jeśli artyści doskonale wiedzą, o czym chcą rozmawiać ze swoją widownią, to nie zawsze znajdują odpowiedni język dla tego przekazu.

- Coraz więcej teatrów nurtu alternatywnego odchodzi od słowa mówionego. Jego funkcję przejmuje ruch, gest, muzyka. Pomijając czysto artystyczną motywację - czy powodem nie jest tu również chęć prezentacji owych spektakli za granicą, gdzie słowo - co tu dużo mówić ­ stanowiłoby swego rodzaju barierę?

- Myślę, że owo odchodzenie w teatrze od słowa mówionego spowodowane jest głównie dewaluacją tego słowa. Dzisiaj wiele słów, pojęć straciło dla ludzi swoją istotną wartość. Znaczą już coś zupełnie innego. Wytraciły czystość brzmienia. Jeśli w teatrze chce się powiedzieć coś od siebie, to naprawdę niełatwo znaleźć dziś po temu odpowiednie słowo. Myślę, że trochę zagadaliśmy teatr, jesteśmy już zmęczeni tym zalewem stów i przestajemy na nie reagować.

- Wynika stąd, że wracamy do znanego powiedzenia Wyspiańskiego: widz najpierw patrzy, potem słucha.

- Otóż to. Obraz jest wieloznaczny, wiele mówiący. Bardzo lubię posługiwać się obrazami.

- Ale słowa, jego brzmienia melodycznego, artykulacji, pięknego podania - mamy nieliczne już, niestety, przykłady. Tej wspaniałej umiejętności aktorskiej nic nie zastąpi. Rozwój języka wiąże się przecież z rozwojem cywilizacji.

- W naszym ostatnim spektaklu „Sanatorium” używamy słów. Jak na nasz teatr, nawet sporo. Tak że nie odeszliśmy całkowicie od tego środka przekazu.

Rozmawiała: Temida Stankiewicz-Podhorecka.

„Czy zagadaliśmy teatr?” Temida Stankiewicz-Podhorecka
Życie Warszawy Nr 208, 7 września 1989
Theatre of Dreams

Muzyka ze spektakli