Teatr Snów
Teatr Snow

In order to view this object you need Flash Player 9+ support!

Get Adobe Flash player
Joomla! Slideshow

„Sny o Teatrze-Mieście” Monika Brand

Rozmowa ze Zdzisławem Górskim, twórcą i szefem Teatru Snów.

MONIKA GRAND: W milenijnym roku dla ulicznego Teatru Snów pracowite były zwłaszcza lato i wczesna jesień. W Gdańsku zagraliście wszystkie swoje przedstawienia. W sierpniu byliście na największym europejskim festiwalu stuki w Edynburgu.

ZDZISŁAW GÓRSKI: Byliśmy też w Stockton na jubileuszowym, 10-tym festiwalu teatru ulicznego, największym w Wielkiej Brytanii. Do Edynburga pojechaliśmy z „Ogrodem”. Graliśmy na dziedzińcu Old College - najstarszego uniwersytetu, tam gdzie poznańskie Biuro Podróży pokazywało swoją „Carmen Funebre”. Zagraliśmy dziesięć biletowanych przedstawień. Miało być ich dwanaście, ale dwukrotnie granie uniemożliwił nam deszcz. Obejrzało nas ponad 1300 osób. Bilety na „Ogród” nie były tanie, kosztowały 6 i 8 funtów. Trudne okazały się tamtejsze warunki. Dziedziniec, na którym występowaliśmy, ma złe podłoże, jest wysypany grubym żwirem. W „Ogrodzie”, jak pamiętasz, mamy dwa jeżdżące elementy - bramę i łódź. Do tego mieliśmy tylko półtorej godziny na przygotowanie spektaklu. Musieliśmy zmienić ruch i rozwiązania niektórych scen, bo była tylko jedna brama wyjściowa. Graliśmy o godzinie 20-tej, a więc bez świateł, co ujęło spektaklowi magii. Zdawałem sobie sprawę, że będziemy konfrontowani z Biurem Podróży, które odniosło tam wielki sukces. Ale jakoś poszło.

Jak „Ogród” został odebrany w Edynburgu?

- Bardzo dobrze. Przychodziło do nas wielu dziennikarzy i widzów. Wszyscy podkreślali oryginalność tego przedstawienia, jego inność wobec tego, co się tam ogląda. W „Ogrodzie” w sposób bardzo powolny, balladowy, opowiadamy historię pewnej podróży, wewnętrznej wędrówki. Poruszamy w nim temat ezoteryzmu, spraw duchowych, inspiracją była dla mnie „Podróż na wschód” Hessego. W ocenach naszego spektaklu najczęściej padały takie przymiotniki, jak „piękny”, „fantastyczny”, „cudowny” i „niezwykle mądry”. „Scotsman”, najbardziej opiniotwórcze pismo, towarzyszące festiwalowi od 50 lat, przyznające swoją nagrodę, dało nam cztery gwiazdki na pięć możliwych. Po cztery gwiazdki dostały też teatry Wierszalin za „Dybuka” i Ludowy z Nowej Huty za „Antygonę”. Ale w „Herald Tribune” ukazała się recenzja dla nas nieprzychylna.

Nie jesteście typowym teatrem ulicznym. Owszem, używacie szczudeł, ale ognia już nie. Często inspiruje Was literatura. Trudno jest rozszyfrować treści Waszych spektakli, przystając na chwilę na jakimś placu z zakupami w ręce. Ich poetyka wymaga skupienia, zwolnienia tempa.

- Często o tym myślę. Czy naprawdę teatr uliczny musi być tak czytelny, tak klarowny, tak „zjadliwy”? Do pewnych wątków, do tego, co jest jądrem człowieczeństwa, trzeba wracać. To się przydaje w świecie szumu informacyjnego i agresji. Moją odpowiedzią na tę wątpliwość są kolejne przedstawienia. Oczywiście, wyciągam wnioski z tego, co słyszę. Zastanawiam się, czy robić dalej to, co mnie interesuje. Czy, mimo wszystkich utrudnień, próbować grać w niesprzyjających okolicznościach, próbować wyciszać przestrzeń, działać tą odmiennością i pokazywać, że na ulicy też można, że też się udaje. Chciałbym opowiadać ciekawie, chciałbym, żeby to było i widowiskowe, i zwarte, odbierane na kilku poziomach, i przez przypadkowych gapiów, i przez ludzi, którzy chcą rozumieć. Teatr to jest „między”. To, że czasami jesteśmy nie rozumiani, to nie jest tylko nasza wina. Pozwalam sobie tak mówić, bo teraz, jako dojrzały artysta, wiem, że to działa, że ludzie potrafią o naszych spektaklach mówić. Warto to robić, ryzykując niezrozumienie przez większą część ludzi. Znam te opinie, że nasze przedstawienia są piękne, ale niezrozumiałe. Sądzę, że część widzów boi się wnikać w nie za bardzo.

Dlaczego nie doszło do realizacji milenijnego plenerowego widowiska „Miasto-Teatr", do którego napisałeś scenariusz?

- Ponieważ zabrakło pieniędzy. O tym widowisku rozmawialiśmy z gdańskimi urzędnikami już dwa lata temu. Być może, zrobię ten projekt w innym mieście. Dostałem propozycję od Jerzego Zonia, dyrektora Teatru KTO i Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze, zrobienia wspólnego spektaklu na festiwal Kraków 2000.

Ostatnią premierę mieliście ponad dwa lata temu. Nad czym teraz pracujecie?

- Powstał już pewien zarys przedstawienia „Księga utopii”. Jeśli znajdziemy jakieś pieniądze, może premiera odbędzie się w przyszłym roku. Nasz problem polega na tym, że nie mamy warunków do pracy. Nie mamy sali w Gdańsku, w której moglibyśmy odbywać próby. Wiosną i latem jeździmy po Polsce i Europie, promując nasze miasto. Tak było też ostatnio w Edynburgu. W sierpniu i wrześniu zagraliśmy w Anglii i Holandii 21 przedstawień. Komitet Obchodów Tysiąclecia zamówił u nas dziewięć przedstawień, ale w sumie w Gdańsku zagraliśmy tego lata trzynaście razy. Zdaniem urzędników wydziałów kultury, prestiż miasta podnoszą obce zespoły, zapraszane do Gdańska za duże pieniądze. Szkoda, że nikt nie pomyśli, by zaprosić własne. Szkoda, że nie mogło dojść do wspaniałego widowiska na cześć tysiącletniego Gdańska, przygotowanego siłami lokalnych artystów, tak jak to było w planach. Być może, mści się na nas poprzednia siedziba? Przez jakiś czas pozostawaliśmy w strukturach Młodzieżowego Domu Kultury na Oruni. Wiele osób uważa, że na Oruni nie można było robić dobrego teatru. Może naszą ofertę trzeba złożyć w Gdyni lub Sopocie. Zależy nam na miejscu do pracy. Takie są nasze oczekiwania. Póki co, próby odbywają się w Ośrodku Wczasowym w Sominach, oddalonych od Gdańska ponad sto kilometrów.

„Sny o Teatrze-Mieście” Monika Brand
Gazeta Wyborcza Morska, Kultura, 6 listopada 1997
Theatre of Dreams

Muzyka ze spektakli