|
Gramy na ulicach i w przestrzeniach zamkniętych. Na nasz język teatralny składają
się ruch, obraz, plastyka, rytm, muzyka.
Ogromną wagę przykładamy do starannie skomponowanych obrazów, ruchu wewnątrz
tych obrazów i wreszcie do ich montażu. Żeby tworzyły poezję właściwą
tylko teatrowi.
Ważny jest sposób zagospodarowywania przestrzeni. Relacje między aktorami,
elementami scenograficznymi a widownią, linie ruchu. W montażu rytmy,
akordy, echa.
Lubimy opowiadać historie. Są one związane z tym co przeżywamy, co obserwujmy w życiu.
Ukształtowało nas spotkanie z twórczością Bruno Schulza.
Trafnie opowiedziała o nas Dorota Józefowicz w pracy magisterskiej „Motywy
marzeń i podróży gdańskiego Teatru Snów”.
„Teatr Snów z Gdańska jest grupą w gronie polskiej alternatywy swoistą. To,
że nie posługuje się słowem i do gry adaptuje przestrzeń ulicy (za
wyjątkiem spektakli „Żuraw” i „Sanatorium”), nie decyduje tu
bynajmniej o jego wyjątkowości. Niemały wyczyn stanowi fakt, iż za
sprawą takiej materii, jaką jest tworzywo teatralne - a zwłaszcza
tworzywo teatru alternatywnego – pokazuje publice rzecz w swojej istocie
ulotną i zarazem skompilowaną, pokazuje marzenie senne. Niemały to
wyczyn, ale i wart wysiłku dla efektu stworzenia całości kompletnej,
rzeczywistości prawdziwie pełnej; takiej, która konkret dopełnia
metaforą, intensyfikując sensy oraz odkrywając je wciąż nowe i nowe
na podobieństwo starożytnych czy średniowiecznych palimpsestów.
Skądinąd istnienie takiego właśnie rodzaju sceny – nie wypada pominąć ze względu
na nazwę gdańskiej grupy aktorów – postulował w swoim dramacie Jerzy
Szaniawski, udowadniając, że jedynie wymiar metafizyczny, który niesie
stworzony przezeń (nie bagatela!) Teatr Snów, jest w stanie wzbogacić
realistyczny wymiar teatru znacząco nazwanego przez autora Małym
Zwierciadłem.”
„W opowiadaniu „Republika marzeń” Schulz kreuje postać Błękitnookiego
– architekta i reżysera. Błękitnooki odwiedził drohobycki świat,
„przybył w te okolice” (pisze Schulz), okolice „miasta (…)
marzeń” (dookreśla) i… „zapachniało mu od razu poezją i
przygodą, ujrzał w powietrzu gotowe kontury i fantom mitu zawieszone nad
okolicą”, „podchwycił intencje natury”, kosmosu. Uczyniwszy to,
(kontynuuje pisarz) „proklamował republikę marzeń (…) ogłosił
panowanie niepodzielne fantazji”. Jednym słowem …stworzył teatr, który
„halucynuje architekturę ogromną i natchnioną, urbanistykę obłoczną
i transcendentalną”. Zapraszając w magiczną krainę, stworzoną w
opowiadaniach, nową postać, rodem nie z Drohobycza, a przybyłą skądś
– postać reżysera – architekta - Schulz chce udowodnić, (jak sam
podaje) że żadne marzenie, choćby nie wiedzieć jak absurdalne i
niedorzeczne, nie marnuje się we wszechświecie, bo „ w marzeniu
zawarty jest jakiś głód rzeczywistości, jakaś pretensja, która
zobowiązuje rzeczywistość”.
„Fragmenty „Republiki marzeń” o architekcie – reżyserze, których istotę próbuję
oddać, stają się – wobec dorobku Teatru Snów – można rzec,
scenariuszem. Idee wykreowanego przez Schulza twórcy realizuje bowiem
„spiritus movens” gdańskiej grupy, jej założyciel (wraz z Alicją
Mojko) , kierownik, reżyser sztuk, twórca scenografii (obok Alicji
Mojko) i aktor – Zdzisław Górski”.
„Gdańscy ambasadorzy snów dzięki mozolnym ćwiczeniom wypracowują swój,
charakterystyczny na tle innych teatrów, język sceniczny, poetykę.
Realizująca oryginalne pomysły reżysera (obracające się wokół pięknych
snów o zgodzie, harmonii, przyjaźni i szczęściu) praca nad
spektaklami, tworzy grupę spójną, zgraną na scenie. Ta koherencja na
miejscu gry uwiarygodnia jednocześnie artystyczne przekazy gdańszczan.
Dzięki ukazywaniu najintymniejszych pragnień i potrzeb człowieka, teatr
również otwiera się na widzów i znajduje z nimi wspólny język –
niezależnie czy gra przed publicznością obcującą z kulturą
(teatrem, literaturą, malarstwem ) i odczytującą bogate nawiązania, czy
przed prostym przechodniem, który zatrzymał się pośród zbiorowiska,
bo odnalazł w tym, co zobaczył, swoje uczucia, marzenia, stracone nadzieje.
Aleksandra Ubertowska w „Gazecie Morskiej” (gdańskim dodatku do „Gazety
Wyborczej”) zauważa: „Teatr musi dziś odnaleźć się w świecie
agresywnych, multimedialnych widowisk, sugestywnych obrazów, które coraz
bardziej zaczynają nas otaczać i osaczać”. Ale dodaje zaraz: „Teatr może znaleźć się wobec tego wyzwania rozmaicie. Może stworzyć bastion
prawdziwej sztuki, zamkniętej na miazmaty współczesnej
cywilizacji. Może też stać się pośrednikiem między kulturą
europejską a cywilizacją rewolucji informacyjnej”.
Ubertowska zastanawia się i zapytuje „Czy któryś z naszych trójmiejskich teatrów
już dziś do tej misji mediacyjnej dorósł?” I bez wahania stwierdza:
„Przychodzą mi na myśl oniryczne spektakle Teatru Snów…”. Nie bez
powodu, bo – jak napisałam – teatr Górskiego z powodzeniem zabiega o
każdą publiczność. Wychodzi do niej i z pasją pokazuje (a nie, charakterystyczną niekiedy teatrom
stacjonarnym, rutyną) uniwersalne, bliskie artystom i
prostym ludziom zagadnienia, wzbogaciwszy je nad to – co ważne – w
bardzo atrakcyjną, pomysłową i skupiającą uwagę „dekorację”;
mowa tu oczywiście o architektonicznych zadziwiających obiektach. Teatr
Snów – trzeba mu to przyznać – potrafi zadbać o swoją publiczność.
Wymową i atrakcyjnością spektakli – jak Błękitnooki architekt –
reżyser z opowiadania Schulza – „zaprasza [ów teatr – D.J.]
wszystkich do kontynuacji, do budowania, do współtwórczości – jesteśmy
wszak wszyscy z natury marzycielami…” – skutecznie i pięknie
przekonuje”. |