Wizyta
Często teatr uliczny bywa wydarzeniem podobnym do wypadku drogowego. Coś się stało, bo oto tłum przypadkowych przechodniów otacza jakieś miejsce, w którym jeszcze przed chwili trwało normalne, potoczne życie. Zakłóciły je jakieś zjawy, np. monstrualne ptaki na wysokich szczudłach, albo klaun, albo tacy sami z pozoru przechodnie jak my, lecz podejmujący zaskakujące działania.
Coraz częściej jednak – przynajmniej na festiwalu – teatr uliczny przybiera postać dużych plenerowych widowisk o przemyślanej, skomplikowanej konstrukcji, wymagających dużych przestrzeni, wspieranych nieraz skomplikowaną techniką (oświetlenie, nagłośnienie, efekty specjalne). Chciałbym dziś opowiedzieć o trzech takich wydarzeniach.
Gdański Teatr Snów: wierny swojej nazwie i stylowi, wykreował poetycki sen o wysokim locie, a właściwie o marzeniach na ten temat, nieobcy - przynajmniej w pewnej fazie życia lub w niektórych sytuacjach - żadnemu człowiekowi. Może próby oderwania się od ziemskiego „parteru” i przekraczanie prozy życia są donkiszoterią (to postać Don Kichota pobudza bohaterów do próby lotu); może wysiłkiem niepraktycznym i daremnym, ale czy bez nich życie miałoby sens? Przedstawienie Teatru Snów odznaczało się wyrafinowaną prostotą i klarownością. Uniknięto pokusy efekciarstwa. Wyróżniło się spośród innych widowisk niczym precyzyjnie wycieniowana czarno-biała fotografia na tle wystawy pełnej kolorowych fotosów.(…)
„Senne marzenia i koszmary” Tadeusz Burzyński
XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze
Gazeta Robotnicza nr 167 (13.665), 5 sierpnia 1993
Gdański Teatr Snów można uznać już za weterana jeleniogórskich festiwali. Jego członkowie przyjeżdżają tu od wielu lat i za każdym razem przywożą widowisko, które na długo pozostaje w pamięci. W tym roku zaprezentowali spektakl „Wizyta”.
Jest to opowieść mówiąca o samotnym Don Kichocie, który powraca, by po raz kolejny „bronić straconej sprawy poezji w świecie prozy”. Jego ogromna postać na szczudłach pojawia się nagle wśród szarych ludzi zaprzątniętych czynnościami codziennego życia. Przez większość z nich jest odrzucony. Jedynie Dulcynea zostaje owładnięta aurą poezji przyniesioną przez romantycznego rycerza. W ostatniej scenie widowiska udaje się jej - w przenośni i dosłownie - wspiąć na wyżyny, wśród których porusza się Don Kichot. Ona, stojąc na piramidzie zbudowanej ze stołów, spożywa wspólny posiłek z górującym nad tłumem przybyszem na szczudłach.
Najnowszy spektakl Teatru Snów obfituje w wiele przepięknych scen. Czarne postacie z ogromnymi, powiewającymi białymi skrzydłami unoszą widzów w świat poezji. W jednej ze scen ich skrzydła uformowane zostają na kształt statku - łodzi, kołyszącej się na falach.
„Wizyta” zachwyciła liczną widownię zgromadzoną na jeleniogórskim pl. Ratuszowym. Ci natomiast, którzy oglądali Teatr Snów nie po raz pierwszy, mogli przekonać się po raz kolejny, że dąży on konsekwentnie swą własną, niepowtarzalną drogą, tak jak czynili to niegdyś Tadeusz Kantor czy Jerzy Grotowski.
„Ugośćcie Don Kichota!” Ewa Han
XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych
Słowo Polskie nr 182, 5 sierpnia 1993
(...) Na głównym trakcie Kielc tańczyli Indianie w paradnych strojach, których tej nocy widzieliśmy smutnych na korytarzu hotelu w otoczeniu policji odnotowującej beznamiętnie kradzież „torby ze strojem wojownika Irokezów”. Niezmordowany Suseł z radiotelefonem i tubą odczytujący listę ginących gatunków i młodzi ludzie w maskach symbolizujących naszych żywych braci, mieszkańców GAI. Była też grupa z Ostrowca z pantomimą o zasypywaniu świata przez śmieci i bębny, drewniane flety i hipisowskie ekipy dzieciaków, które nie chcą być „tacy jak wszyscy”. W całym tym zamieszaniu tańczyły białe postacie na szczudłach i mijając mnie kiwały przyjaźnie - to ludzie z Teatru Snów, dla których dziś wieczór będziemy grali „na żywo” muzykę do spektaklu „Wizyta”. Ale ta garstka ludzi nie dawała sobie rady z rzeką obojętnych przechodniów, którzy mają „ważniejsze sprawy” i których nic nie obchodzi ostatni wieloryb przerabiany na guziki i na mięso dla psów. To przecież oni są poważni i normalni, a Ci wszyscy dziwni ludzie mają po prostu źle w głowach. Ci „poważni” całe życie uciekają od pytań i odpowiedzi, a im bardziej natrętnie powracać będą przeczucia innego życia, tym zacieklej tępić zaczną wszelką inność, aż do czasu kiedy bagaż złych myśli i czynów przekształci ich we wściekłego, śmierdzącego kundla.
Jesteśmy znowu pod wielkim drzewem przed Pałacykiem i przypominamy sobie obraz po obrazie i dźwięk po dźwięku spektakl o tym, jak ludzie chcą latać i o tym, że latać nie będą, chociaż jest wielka różnica między ciągle ponawiającymi wysiłki a tymi, którzy dają za wygraną nie próbując wcale. I cały subtelny smak życia mieści się w tej nieuchwytnej czasem różnicy. Nadchodzi wieczór i tłum w parku gęstnieje bardzo szybko. Pusta przestrzeń określona przez szefa teatru białą kredą zaczyna zaludniać się postaciami. Gramy. I jest scena, na którą zawsze czekamy, tak ciepła i tak mocna zarazem, że łzy cisną się same. Don Kichot powraca do domu i na chwilę staje się pokój, a znużenie ukoić może tylko kobieta. Kobieta wie, że zmagania są wieczne, a odpoczynek to mgnienie, a mężczyzna wie, że jest tylko kilka chwil doskonałej harmonii, o którą walczyć trzeba stale. To jest jak uspokojenie w letni wieczór, kiedy cisza staje się łagodnie i trwa, a świat jakby zamierał w bezruchu. Aktorzy znikają, a tłum rozchodzi się ciężką ławą po alejkach parku. W hotelu rozmawiamy o tych ludziach, którzy wyczarowują inny świat i o tym, jak bezdenna głupota niszczy ich pracę stale i stale.
„Trzy tysiące kilometrów muzyki czyli kwietniowa trasa grupy Atman” Marek Styczyński
Rosynanat, Zeszyty ekologiczne nr 1/2 październik, listopad 1994
Na gdańskim Długim Targu, 18 maja obejrzała Aleksandra Gierjatowicz:
„Ostatnimi czasy Teatr Snów można było oglądać wszędzie, tylko nie w Gdańsku. No, może trochę przesadzam, ale prawda jest taka, że grywali tu coraz rzadziej i rzadziej, aż w końcu (co nie daj Boże) przestaliby w ogóle cieszyć gdańszczan swoimi spektaklami, gdyby nie tysiąclecie miasta. (...) Całe szczęście, że wśród milenijnych obchodów znalazło się miejsce na tę odrobinę poezji i prostoty, którą aktorzy [Teatru Snów] chcą i mogą nam ofiarować (...) Muszę powiedzieć, że dawno w żadnym teatrze tak się nie wzruszyłam i nie zapatrzyłam jak tutaj [na ulicy], wśród wiekowych, dobrze znanych kamieniczek, pod sufitem z obłoków. Co tak zachwyca? Ciepło tego spektaklu, jego, powiedziałabym, otwarcie, które sięga nieba, spełnia się w powietrzu. Zachwyca dotykanie wiatru, które niesie w sobie pragnienie lotu. Wizyta jest prostą i piękną opowieścią o kobiecie i mężczyźnie, ale jest też opowieścią o przygotowaniu, oczekiwaniu, niepokoju, tęsknocie. Cały świat przedmiotów ogranicza się tu do wielkiego stołu nakrytego białym obrusem, dwóch świeczników-kandelabrów i fajansowego talerza. Jest to, co blisko ziemi, niziutkie i płaskie jak blat stołu i to, co wysokie, jak postaci na szczudłach, jak ogromne, powiewające na wietrze skrzydła z bambusowych drążków i wielkiej materii. On jest wysoko, chodzi w słomkowym kapeluszu. Ona biega tuż przy ziemi, wokół stołu, na stole. Zadziera głowę, spogląda wzwyż. Chce się wznieść. Towarzyszą jej trzy inne postaci. W końcu udaje się jej przełamać horyzontalną linię ogromnego mebla, buduje stół ku górze, ustawiając na sobie kolejne jego elementy. Kiedy przychodzi mężczyzna, kobieta zaprasza go do takiego stołu. On kolejno ujmuje w dłonie przedmioty, które ona mu podaje: talerz i świecznik, w końcu jeden z najwyżej ustawionych stolików. I unosi go, a wtedy ona idzie za nim. Odchodzą. My zostaniemy. Oglądaliśmy to wszystko zgromadzeni w kręgu, który teraz z wolna się rozsypuje. Prosta historia, a pewnie każdy coś innego w niej zobaczył. Piękna historia, nie trzeba uparcie szukać ani rozszyfrowywać. Można się po prostu zapatrzyć, zapomnieć. Tak właśnie jest w Teatrze Snów.”
Głos Wybrzeża nr 116
„Wizyta” Teatru Snów, Ruch Teatralny – lato 1997
Na festiwalu teatrów ulicznych „Malta '94” wystąpił Teatr Snów z Gdańska z przedstawieniem zatytułowanym „Wizyta”. Stara architektura poznańskich kamienic doskonale współgrała z poetyką teatru inspirowaną twórczością Brunona Schulza. Nie przypadkiem jedno z wcześniejszych przedstawień miało tytuł „Republika marzeń”.
Miejscem akcji jest ulica, która wyobraża pokój. Pokój pod gołym niebem nie ma ścian, które wyznaczyłyby jego granice. Schulz: „salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem wielkiej loggi, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim. Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku”. Pokój wędruje z aktorami na ulicę, znajdują mu miejsce na środku rynku. Podobnie jak większość teatrów na festiwalu w Poznaniu, z zamkniętego budynku wychodzą do ludzi, kierują się w stronę serca miasta. Rekwizyty używane przez aktorów z Teatru Snów: obrus, stół, świecznik. Owe martwe przedmioty nieodłącznie związane z domem, na ulicy nabierają cech niezwykłych. Niecodzienność sytuacji, w jakiej się znalazły, pozwala nam zauważyć ich istnienie (bagatelizowane) na codzień. W przedstawieniu nie zostaje wypowiedziane ani jedno słowo, w ten sposób aktorzy i przedmioty zostają zrównani w swych prawach. Ich „mową” jest sposób, w jaki istnieją w przestrzeni. Ciągły ruch obiektów i ich opiekunów wyraża stan permanentnego niepokoju. Próbują wspólnie różnych możliwości, poszukują dla siebie najodpowiedniejszej roli. Obrus, raz może stać się śmiertelnym całunem, innym razem prześcieradłem w małżeńskim łożu. Pewne gesty, całe sytuacje powtarzane są wielokrotnie, tak aby widz mógł wyodrębnić pewien układ rzeczy z chaosu panującego w przestrzeni gry. Aktorzy – „strażnicy rzeczy” poruszają się po liniach kolistych, mają wspólny rytm chodzenia, który podobny do wirowania, krążenia wokół centrum wyobrażonego na płycie rynku. Aktorzy często wkraczają do pokoju na szczudłach, ich sylwetki poddają się wtedy miękkiemu i ostrożnemu stąpaniu. Wszystkie te elementy powodują, że świat kreowany przez Teatr Snów, staje się odrealniony, senny, stąd nazwa zespołu wydaje się bardzo trafna.
Temat „Wizyty” osnuty jest wokół wątku Dulcynei i Sancho Pansy, których odwiedza Don Kichot. Błędny Rycerz w stosunku do pary bohaterów jest jak Ojciec ze „Sklepów cynamonowych” w stosunku do Józefa. Obaj są mędrcami, którzy wtajemniczają bliskich w nowy świat. Zapowiedzią wizyty jest pospieszne ustawianie przez domowników stosu, krzeseł i innych przedmiotów codziennego użytku. Rzeczy te tylko chwilę stoją samotnie. Szczególni mieszkańcy domu podobni do manekinów z gipsowo-białymi maskami na twarzach, wnoszą następne stoły, świeczniki, misy pomnażając w ten sposób wszystkie obiekty. Sprawiają, że pokój zaczyna się rozrastać, gęstnieć. Ciągły kontakt aktorów z przedmiotami w ruchu wywołuje złudzenie nieustającego falowania, migotania rzeczywistości teatralnej. Ciekawe kim są ci „inni”? Czy towarzyszą martwym przedmiotom jako duchy opiekuńcze? Czy może są to duchy zmarłych zamieszkujące domy bez naszej wiedzy? Ci „inni” wydają się istnieć gdzieś pomiędzy wymiarami rzeczywistości, „na rubieżach świata”. Pojawienie się duchów wyraźnie dziwi Dulcyneę i Sancho Pansę, z czasem przyzwyczajają się do nowego stanu - ciągłego chaosu. Po kilku minutach trudno byłoby rozróżnić domowników między duchamimanekinami, gdyby nie czarne stroje i białe twarze tych ostatnich. Wizyta nie kończy się na spotkaniu z duchami przedmiotów, do pokoju razem z Don Kichotem wkracza jeszcze inna sfera świata, bardzo bliska już niebu, gdyż Błędny Rycerz na szczudłach przyprowadza ze sobą gromadę podobnych do siebie postaci. Wszyscy z olbrzymimi skrzydłami, wyobrażają odwieczne marzenie człowieka - latanie. Domownicy, z każdą chwila bardziej niecierpliwi, próbują dosięgnąć przybyszy. Budują piramidę ze stołów, dopóki nie uda im się najpierw pomóc ludziom-ptakom poruszać skrzydłami, wreszcie samemu „wzlecieć”. To co samo z siebie wydaje się małe i mizerne, przez spotkanie z Don Kichotem nabiera nowych barw, staje się niecodziennym przeżyciem. Każda przygoda musi mieć swój koniec, Dulcynea i Sancho Pansa zostają sami, dosłownie, pozbawieni nie tylko tych, którzy przyszli w odwiedziny, ale także przedmiotów, z którymi współegzystowali. Ostatni stół zabiera ze sobą Don Kichot. Wynosi go z przestrzeni gry i znika gdzieś wśród uliczek starego miasta. Środki jakimi posługują się aktorzy z Teatru Snów aby zbudować spektakl są bardzo proste, ale siła i świeżość z jaką wykonują przedstawienie, pozostawia w widzu jakąś tęsknotę, pragnienie zatrzymania świata, który przypadkiem udało się zobaczyć. Aktorzy nie stwarzają iluzji, wszystko co dzieje się w zwykłym teatrze za kulisami, tu zostaje ujawnione oczom widza. Po dwóch przeciwnych stronach ustawione są walizy, z których aktorzy podczas widowiska wyjmują rekwizyty lub je chowają. Tylko czarodziejski świat Don Kichota przybywa z różnych stron rynku. Wywołuje złudzenie, że jest wszędzie.
„Sny Don Kichota” Renata Derejczyk
„Didaskalia” Gazeta Teatralna nr 3, październik 1994
Mimo że na festiwalu aż dudni od zgiełku motorów, wodotrysków i eksplodujących rac, teatr poetycki dobrze się miewa. Spektakle Teatru Snów czy Teatru Ruchu Akt były jak liryczny wiersz. Jasny fundament symboli – biel, czerń, purpura, stoły, krzesła, sztandary i latawce – każdy może czytać oczami własnej wyobraźni bez obawy o blamaż, bo zagrane bez jednego słowa przedstawienia oddziałują przede wszystkim na wyobraźnię i szeroko otwarte oczy.
Gdański Teatr Snów pozostał wierny źródlanej poetyce szczudeł, zwiewnych materii, twarzy pobielonych jak maski. Podobnie było w czwartek, na wieczornym spektaklu warszawskiego Aktu, który pokazał interesującą historię o zniewoleniu człowieka przez maski kultury, religii, obrzędu. Cieszy to, że olbrzymia rzesza widzów towarzyszyła nie tylko technologicznym festynom Titanica i Generik Vapeur.
Sny są na festiwalu najbardziej czyste - to powszechna opinia. Na początku spektaklu jest tylko przestrzeń Rynku rozdzielona długim stołem, okrytym białym obrusem, Ona - w beżu i rudości oraz On - w bieli i czerni. Jak straszni mieszczanie w śmiesznym amerykańskim filmie usiłują odnaleźć się oddaleni rozmiarem stołu i zasłoną świeczników.
Ze sztucznej, sztywnej przestrzeni wyzwala ich taniec. W piruetach próbują oswoić przestrzeń przy stole, zgaszonymi świecami zakreślają koła światła, które trzeba zapalić w sobie.
Pastisz życia rodzinnego zamożnych mieszczan dramatyzują kolejne figury taneczne. Aby rozległość stołu przestała dzielić, aktorzy roztańczyli nawet krzesła, jedynych partnerów w pustce salonu do czasu, gdy nadeszli przystrojeni na czarno goście. Wnieśli do tej przestrzeni może poczucie grozy, a może tęsknotę ku rzeczom niespełnionym. Ich oczy uniesione ku górze ni to w trwodze, ni to w rozmarzeniu, chaotyczne, rozbiegane kroki, którymi otaczają domowników, to sygnały agresywnego świata zewnętrznego.
W tej rozbieganej niestabilnej przestrzeni pojawia się Don Kichot w słomkowym kapeluszu. Jak poeta na przełomie wieków. Niemodny, w żakiecie i panamie. Niosący na tyce jasną, podartą flagę. Tak jakby piękno nie było dość trwale, by obdzielić nim wszystkich. Goście unoszą biały obrus ku górze, by go spętać w całun, zatrwożyć.
Dulcynea z Rynku jest po trosze Dulcyneą z powieści Cervantesa, poezja ją urzeka, ale i bawi. Obrus, z którym Don Kichot wiruje jak skrzydło wiatraka, ona składa niczym płachtę do uprania. Gdy Don Kichot daje jej orientalny w kształcie parasol, Dulcynea szuka w nim źródła cienia i rekwizytu, który w szalonym tańcu zapewnia równowagę.
To zabawne, że ten poetycki teatr nie do końca reaguje na świat. Pod urzekającym obłokiem latawców, które jak pastelowe marzenia krążyły nad placem, aktorzy nie poradzili sobie z parą młodych wędrowców, gdy ci weszli pomiędzy szeleszczące tkaniny. Choć przyszli z zupełnie innej bajki, zastali brutalnie przegonieni z placu przez organizatorów festiwalu. Czym jest poezja, która nie ocala narodów ni ludzi, pytał niegdyś Miłosz. Gdy na plac weszli zwykli zjadacze chleba, teatr uliczny niestety nie „przerobił ich w aniołów”. A szkoda.
„Sny nocy letniej” Leszek Pułka
XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych
Spektakle w Jeleniej Górze 3 i 5 sierpnia
Gazeta Wyborcza Dolnośląska nr 183 7-8 sierpnia 1993
Teatr Snów uważany jest za konsekwentnie poetycki teatr ulicy najwyższej rangi artystycznej. Niewiele do tego dopowiem. O „Wizycie” Teatru Snów pisano już wielokrotnie, również w „Opcjach”. Ja podczas „Malty” widziałem ją po raz drugi (pierwszy raz na katowickim A PARCIE). Wtedy, w Katowicach, spektakl „Snów” w zestawieniu z ich poprzednimi realizacjami, „Podróżami" i „Republiką marzeń”, wydał mi się nieszczególny: niedokończony, niespójny. W Poznaniu wypadł znakomicie: Muzyka grupy „Atman” zabrzmiała na żywo, nie jak w Katowicach - z „offu”, a atmosfera poznańskiego Rynku lepiej sprzyjała przedstawieniu, niż monumentalna architektura Placu Sejmu Śląskiego. Spektakl zagrany został rytmicznie i dynamicznie, tym razem stanowiąc zwartą, konsekwentną całość. Mimo wszystko uważam jednak, że poetyckie skrzydła Teatru Snów najpiękniej trzepotałyby na lekkim wietrze w środku słonecznego dnia na zielonej łące. I pal licho kicz.
„Poznańska MALTA i RIVERSIDE w Stockton” Kajetan Piekarski
OPCJE 3/94
Coraz częściej jednak – przynajmniej na festiwalu – teatr uliczny przybiera postać dużych plenerowych widowisk o przemyślanej, skomplikowanej konstrukcji, wymagających dużych przestrzeni, wspieranych nieraz skomplikowaną techniką (oświetlenie, nagłośnienie, efekty specjalne). Chciałbym dziś opowiedzieć o trzech takich wydarzeniach.
Gdański Teatr Snów: wierny swojej nazwie i stylowi, wykreował poetycki sen o wysokim locie, a właściwie o marzeniach na ten temat, nieobcy - przynajmniej w pewnej fazie życia lub w niektórych sytuacjach - żadnemu człowiekowi. Może próby oderwania się od ziemskiego „parteru” i przekraczanie prozy życia są donkiszoterią (to postać Don Kichota pobudza bohaterów do próby lotu); może wysiłkiem niepraktycznym i daremnym, ale czy bez nich życie miałoby sens? Przedstawienie Teatru Snów odznaczało się wyrafinowaną prostotą i klarownością. Uniknięto pokusy efekciarstwa. Wyróżniło się spośród innych widowisk niczym precyzyjnie wycieniowana czarno-biała fotografia na tle wystawy pełnej kolorowych fotosów.(…)
„Senne marzenia i koszmary” Tadeusz Burzyński
XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze
Gazeta Robotnicza nr 167 (13.665), 5 sierpnia 1993
Gdański Teatr Snów można uznać już za weterana jeleniogórskich festiwali. Jego członkowie przyjeżdżają tu od wielu lat i za każdym razem przywożą widowisko, które na długo pozostaje w pamięci. W tym roku zaprezentowali spektakl „Wizyta”.
Jest to opowieść mówiąca o samotnym Don Kichocie, który powraca, by po raz kolejny „bronić straconej sprawy poezji w świecie prozy”. Jego ogromna postać na szczudłach pojawia się nagle wśród szarych ludzi zaprzątniętych czynnościami codziennego życia. Przez większość z nich jest odrzucony. Jedynie Dulcynea zostaje owładnięta aurą poezji przyniesioną przez romantycznego rycerza. W ostatniej scenie widowiska udaje się jej - w przenośni i dosłownie - wspiąć na wyżyny, wśród których porusza się Don Kichot. Ona, stojąc na piramidzie zbudowanej ze stołów, spożywa wspólny posiłek z górującym nad tłumem przybyszem na szczudłach.
Najnowszy spektakl Teatru Snów obfituje w wiele przepięknych scen. Czarne postacie z ogromnymi, powiewającymi białymi skrzydłami unoszą widzów w świat poezji. W jednej ze scen ich skrzydła uformowane zostają na kształt statku - łodzi, kołyszącej się na falach.
„Wizyta” zachwyciła liczną widownię zgromadzoną na jeleniogórskim pl. Ratuszowym. Ci natomiast, którzy oglądali Teatr Snów nie po raz pierwszy, mogli przekonać się po raz kolejny, że dąży on konsekwentnie swą własną, niepowtarzalną drogą, tak jak czynili to niegdyś Tadeusz Kantor czy Jerzy Grotowski.
„Ugośćcie Don Kichota!” Ewa Han
XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych
Słowo Polskie nr 182, 5 sierpnia 1993
(...) Na głównym trakcie Kielc tańczyli Indianie w paradnych strojach, których tej nocy widzieliśmy smutnych na korytarzu hotelu w otoczeniu policji odnotowującej beznamiętnie kradzież „torby ze strojem wojownika Irokezów”. Niezmordowany Suseł z radiotelefonem i tubą odczytujący listę ginących gatunków i młodzi ludzie w maskach symbolizujących naszych żywych braci, mieszkańców GAI. Była też grupa z Ostrowca z pantomimą o zasypywaniu świata przez śmieci i bębny, drewniane flety i hipisowskie ekipy dzieciaków, które nie chcą być „tacy jak wszyscy”. W całym tym zamieszaniu tańczyły białe postacie na szczudłach i mijając mnie kiwały przyjaźnie - to ludzie z Teatru Snów, dla których dziś wieczór będziemy grali „na żywo” muzykę do spektaklu „Wizyta”. Ale ta garstka ludzi nie dawała sobie rady z rzeką obojętnych przechodniów, którzy mają „ważniejsze sprawy” i których nic nie obchodzi ostatni wieloryb przerabiany na guziki i na mięso dla psów. To przecież oni są poważni i normalni, a Ci wszyscy dziwni ludzie mają po prostu źle w głowach. Ci „poważni” całe życie uciekają od pytań i odpowiedzi, a im bardziej natrętnie powracać będą przeczucia innego życia, tym zacieklej tępić zaczną wszelką inność, aż do czasu kiedy bagaż złych myśli i czynów przekształci ich we wściekłego, śmierdzącego kundla.
Jesteśmy znowu pod wielkim drzewem przed Pałacykiem i przypominamy sobie obraz po obrazie i dźwięk po dźwięku spektakl o tym, jak ludzie chcą latać i o tym, że latać nie będą, chociaż jest wielka różnica między ciągle ponawiającymi wysiłki a tymi, którzy dają za wygraną nie próbując wcale. I cały subtelny smak życia mieści się w tej nieuchwytnej czasem różnicy. Nadchodzi wieczór i tłum w parku gęstnieje bardzo szybko. Pusta przestrzeń określona przez szefa teatru białą kredą zaczyna zaludniać się postaciami. Gramy. I jest scena, na którą zawsze czekamy, tak ciepła i tak mocna zarazem, że łzy cisną się same. Don Kichot powraca do domu i na chwilę staje się pokój, a znużenie ukoić może tylko kobieta. Kobieta wie, że zmagania są wieczne, a odpoczynek to mgnienie, a mężczyzna wie, że jest tylko kilka chwil doskonałej harmonii, o którą walczyć trzeba stale. To jest jak uspokojenie w letni wieczór, kiedy cisza staje się łagodnie i trwa, a świat jakby zamierał w bezruchu. Aktorzy znikają, a tłum rozchodzi się ciężką ławą po alejkach parku. W hotelu rozmawiamy o tych ludziach, którzy wyczarowują inny świat i o tym, jak bezdenna głupota niszczy ich pracę stale i stale.
„Trzy tysiące kilometrów muzyki czyli kwietniowa trasa grupy Atman” Marek Styczyński
Rosynanat, Zeszyty ekologiczne nr 1/2 październik, listopad 1994
Na gdańskim Długim Targu, 18 maja obejrzała Aleksandra Gierjatowicz:
„Ostatnimi czasy Teatr Snów można było oglądać wszędzie, tylko nie w Gdańsku. No, może trochę przesadzam, ale prawda jest taka, że grywali tu coraz rzadziej i rzadziej, aż w końcu (co nie daj Boże) przestaliby w ogóle cieszyć gdańszczan swoimi spektaklami, gdyby nie tysiąclecie miasta. (...) Całe szczęście, że wśród milenijnych obchodów znalazło się miejsce na tę odrobinę poezji i prostoty, którą aktorzy [Teatru Snów] chcą i mogą nam ofiarować (...) Muszę powiedzieć, że dawno w żadnym teatrze tak się nie wzruszyłam i nie zapatrzyłam jak tutaj [na ulicy], wśród wiekowych, dobrze znanych kamieniczek, pod sufitem z obłoków. Co tak zachwyca? Ciepło tego spektaklu, jego, powiedziałabym, otwarcie, które sięga nieba, spełnia się w powietrzu. Zachwyca dotykanie wiatru, które niesie w sobie pragnienie lotu. Wizyta jest prostą i piękną opowieścią o kobiecie i mężczyźnie, ale jest też opowieścią o przygotowaniu, oczekiwaniu, niepokoju, tęsknocie. Cały świat przedmiotów ogranicza się tu do wielkiego stołu nakrytego białym obrusem, dwóch świeczników-kandelabrów i fajansowego talerza. Jest to, co blisko ziemi, niziutkie i płaskie jak blat stołu i to, co wysokie, jak postaci na szczudłach, jak ogromne, powiewające na wietrze skrzydła z bambusowych drążków i wielkiej materii. On jest wysoko, chodzi w słomkowym kapeluszu. Ona biega tuż przy ziemi, wokół stołu, na stole. Zadziera głowę, spogląda wzwyż. Chce się wznieść. Towarzyszą jej trzy inne postaci. W końcu udaje się jej przełamać horyzontalną linię ogromnego mebla, buduje stół ku górze, ustawiając na sobie kolejne jego elementy. Kiedy przychodzi mężczyzna, kobieta zaprasza go do takiego stołu. On kolejno ujmuje w dłonie przedmioty, które ona mu podaje: talerz i świecznik, w końcu jeden z najwyżej ustawionych stolików. I unosi go, a wtedy ona idzie za nim. Odchodzą. My zostaniemy. Oglądaliśmy to wszystko zgromadzeni w kręgu, który teraz z wolna się rozsypuje. Prosta historia, a pewnie każdy coś innego w niej zobaczył. Piękna historia, nie trzeba uparcie szukać ani rozszyfrowywać. Można się po prostu zapatrzyć, zapomnieć. Tak właśnie jest w Teatrze Snów.”
Głos Wybrzeża nr 116
„Wizyta” Teatru Snów, Ruch Teatralny – lato 1997
Na festiwalu teatrów ulicznych „Malta '94” wystąpił Teatr Snów z Gdańska z przedstawieniem zatytułowanym „Wizyta”. Stara architektura poznańskich kamienic doskonale współgrała z poetyką teatru inspirowaną twórczością Brunona Schulza. Nie przypadkiem jedno z wcześniejszych przedstawień miało tytuł „Republika marzeń”.
Miejscem akcji jest ulica, która wyobraża pokój. Pokój pod gołym niebem nie ma ścian, które wyznaczyłyby jego granice. Schulz: „salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem wielkiej loggi, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim. Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku”. Pokój wędruje z aktorami na ulicę, znajdują mu miejsce na środku rynku. Podobnie jak większość teatrów na festiwalu w Poznaniu, z zamkniętego budynku wychodzą do ludzi, kierują się w stronę serca miasta. Rekwizyty używane przez aktorów z Teatru Snów: obrus, stół, świecznik. Owe martwe przedmioty nieodłącznie związane z domem, na ulicy nabierają cech niezwykłych. Niecodzienność sytuacji, w jakiej się znalazły, pozwala nam zauważyć ich istnienie (bagatelizowane) na codzień. W przedstawieniu nie zostaje wypowiedziane ani jedno słowo, w ten sposób aktorzy i przedmioty zostają zrównani w swych prawach. Ich „mową” jest sposób, w jaki istnieją w przestrzeni. Ciągły ruch obiektów i ich opiekunów wyraża stan permanentnego niepokoju. Próbują wspólnie różnych możliwości, poszukują dla siebie najodpowiedniejszej roli. Obrus, raz może stać się śmiertelnym całunem, innym razem prześcieradłem w małżeńskim łożu. Pewne gesty, całe sytuacje powtarzane są wielokrotnie, tak aby widz mógł wyodrębnić pewien układ rzeczy z chaosu panującego w przestrzeni gry. Aktorzy – „strażnicy rzeczy” poruszają się po liniach kolistych, mają wspólny rytm chodzenia, który podobny do wirowania, krążenia wokół centrum wyobrażonego na płycie rynku. Aktorzy często wkraczają do pokoju na szczudłach, ich sylwetki poddają się wtedy miękkiemu i ostrożnemu stąpaniu. Wszystkie te elementy powodują, że świat kreowany przez Teatr Snów, staje się odrealniony, senny, stąd nazwa zespołu wydaje się bardzo trafna.
Temat „Wizyty” osnuty jest wokół wątku Dulcynei i Sancho Pansy, których odwiedza Don Kichot. Błędny Rycerz w stosunku do pary bohaterów jest jak Ojciec ze „Sklepów cynamonowych” w stosunku do Józefa. Obaj są mędrcami, którzy wtajemniczają bliskich w nowy świat. Zapowiedzią wizyty jest pospieszne ustawianie przez domowników stosu, krzeseł i innych przedmiotów codziennego użytku. Rzeczy te tylko chwilę stoją samotnie. Szczególni mieszkańcy domu podobni do manekinów z gipsowo-białymi maskami na twarzach, wnoszą następne stoły, świeczniki, misy pomnażając w ten sposób wszystkie obiekty. Sprawiają, że pokój zaczyna się rozrastać, gęstnieć. Ciągły kontakt aktorów z przedmiotami w ruchu wywołuje złudzenie nieustającego falowania, migotania rzeczywistości teatralnej. Ciekawe kim są ci „inni”? Czy towarzyszą martwym przedmiotom jako duchy opiekuńcze? Czy może są to duchy zmarłych zamieszkujące domy bez naszej wiedzy? Ci „inni” wydają się istnieć gdzieś pomiędzy wymiarami rzeczywistości, „na rubieżach świata”. Pojawienie się duchów wyraźnie dziwi Dulcyneę i Sancho Pansę, z czasem przyzwyczajają się do nowego stanu - ciągłego chaosu. Po kilku minutach trudno byłoby rozróżnić domowników między duchamimanekinami, gdyby nie czarne stroje i białe twarze tych ostatnich. Wizyta nie kończy się na spotkaniu z duchami przedmiotów, do pokoju razem z Don Kichotem wkracza jeszcze inna sfera świata, bardzo bliska już niebu, gdyż Błędny Rycerz na szczudłach przyprowadza ze sobą gromadę podobnych do siebie postaci. Wszyscy z olbrzymimi skrzydłami, wyobrażają odwieczne marzenie człowieka - latanie. Domownicy, z każdą chwila bardziej niecierpliwi, próbują dosięgnąć przybyszy. Budują piramidę ze stołów, dopóki nie uda im się najpierw pomóc ludziom-ptakom poruszać skrzydłami, wreszcie samemu „wzlecieć”. To co samo z siebie wydaje się małe i mizerne, przez spotkanie z Don Kichotem nabiera nowych barw, staje się niecodziennym przeżyciem. Każda przygoda musi mieć swój koniec, Dulcynea i Sancho Pansa zostają sami, dosłownie, pozbawieni nie tylko tych, którzy przyszli w odwiedziny, ale także przedmiotów, z którymi współegzystowali. Ostatni stół zabiera ze sobą Don Kichot. Wynosi go z przestrzeni gry i znika gdzieś wśród uliczek starego miasta. Środki jakimi posługują się aktorzy z Teatru Snów aby zbudować spektakl są bardzo proste, ale siła i świeżość z jaką wykonują przedstawienie, pozostawia w widzu jakąś tęsknotę, pragnienie zatrzymania świata, który przypadkiem udało się zobaczyć. Aktorzy nie stwarzają iluzji, wszystko co dzieje się w zwykłym teatrze za kulisami, tu zostaje ujawnione oczom widza. Po dwóch przeciwnych stronach ustawione są walizy, z których aktorzy podczas widowiska wyjmują rekwizyty lub je chowają. Tylko czarodziejski świat Don Kichota przybywa z różnych stron rynku. Wywołuje złudzenie, że jest wszędzie.
„Sny Don Kichota” Renata Derejczyk
„Didaskalia” Gazeta Teatralna nr 3, październik 1994
Mimo że na festiwalu aż dudni od zgiełku motorów, wodotrysków i eksplodujących rac, teatr poetycki dobrze się miewa. Spektakle Teatru Snów czy Teatru Ruchu Akt były jak liryczny wiersz. Jasny fundament symboli – biel, czerń, purpura, stoły, krzesła, sztandary i latawce – każdy może czytać oczami własnej wyobraźni bez obawy o blamaż, bo zagrane bez jednego słowa przedstawienia oddziałują przede wszystkim na wyobraźnię i szeroko otwarte oczy.
Gdański Teatr Snów pozostał wierny źródlanej poetyce szczudeł, zwiewnych materii, twarzy pobielonych jak maski. Podobnie było w czwartek, na wieczornym spektaklu warszawskiego Aktu, który pokazał interesującą historię o zniewoleniu człowieka przez maski kultury, religii, obrzędu. Cieszy to, że olbrzymia rzesza widzów towarzyszyła nie tylko technologicznym festynom Titanica i Generik Vapeur.
Sny są na festiwalu najbardziej czyste - to powszechna opinia. Na początku spektaklu jest tylko przestrzeń Rynku rozdzielona długim stołem, okrytym białym obrusem, Ona - w beżu i rudości oraz On - w bieli i czerni. Jak straszni mieszczanie w śmiesznym amerykańskim filmie usiłują odnaleźć się oddaleni rozmiarem stołu i zasłoną świeczników.
Ze sztucznej, sztywnej przestrzeni wyzwala ich taniec. W piruetach próbują oswoić przestrzeń przy stole, zgaszonymi świecami zakreślają koła światła, które trzeba zapalić w sobie.
Pastisz życia rodzinnego zamożnych mieszczan dramatyzują kolejne figury taneczne. Aby rozległość stołu przestała dzielić, aktorzy roztańczyli nawet krzesła, jedynych partnerów w pustce salonu do czasu, gdy nadeszli przystrojeni na czarno goście. Wnieśli do tej przestrzeni może poczucie grozy, a może tęsknotę ku rzeczom niespełnionym. Ich oczy uniesione ku górze ni to w trwodze, ni to w rozmarzeniu, chaotyczne, rozbiegane kroki, którymi otaczają domowników, to sygnały agresywnego świata zewnętrznego.
W tej rozbieganej niestabilnej przestrzeni pojawia się Don Kichot w słomkowym kapeluszu. Jak poeta na przełomie wieków. Niemodny, w żakiecie i panamie. Niosący na tyce jasną, podartą flagę. Tak jakby piękno nie było dość trwale, by obdzielić nim wszystkich. Goście unoszą biały obrus ku górze, by go spętać w całun, zatrwożyć.
Dulcynea z Rynku jest po trosze Dulcyneą z powieści Cervantesa, poezja ją urzeka, ale i bawi. Obrus, z którym Don Kichot wiruje jak skrzydło wiatraka, ona składa niczym płachtę do uprania. Gdy Don Kichot daje jej orientalny w kształcie parasol, Dulcynea szuka w nim źródła cienia i rekwizytu, który w szalonym tańcu zapewnia równowagę.
To zabawne, że ten poetycki teatr nie do końca reaguje na świat. Pod urzekającym obłokiem latawców, które jak pastelowe marzenia krążyły nad placem, aktorzy nie poradzili sobie z parą młodych wędrowców, gdy ci weszli pomiędzy szeleszczące tkaniny. Choć przyszli z zupełnie innej bajki, zastali brutalnie przegonieni z placu przez organizatorów festiwalu. Czym jest poezja, która nie ocala narodów ni ludzi, pytał niegdyś Miłosz. Gdy na plac weszli zwykli zjadacze chleba, teatr uliczny niestety nie „przerobił ich w aniołów”. A szkoda.
„Sny nocy letniej” Leszek Pułka
XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych
Spektakle w Jeleniej Górze 3 i 5 sierpnia
Gazeta Wyborcza Dolnośląska nr 183 7-8 sierpnia 1993
Teatr Snów uważany jest za konsekwentnie poetycki teatr ulicy najwyższej rangi artystycznej. Niewiele do tego dopowiem. O „Wizycie” Teatru Snów pisano już wielokrotnie, również w „Opcjach”. Ja podczas „Malty” widziałem ją po raz drugi (pierwszy raz na katowickim A PARCIE). Wtedy, w Katowicach, spektakl „Snów” w zestawieniu z ich poprzednimi realizacjami, „Podróżami" i „Republiką marzeń”, wydał mi się nieszczególny: niedokończony, niespójny. W Poznaniu wypadł znakomicie: Muzyka grupy „Atman” zabrzmiała na żywo, nie jak w Katowicach - z „offu”, a atmosfera poznańskiego Rynku lepiej sprzyjała przedstawieniu, niż monumentalna architektura Placu Sejmu Śląskiego. Spektakl zagrany został rytmicznie i dynamicznie, tym razem stanowiąc zwartą, konsekwentną całość. Mimo wszystko uważam jednak, że poetyckie skrzydła Teatru Snów najpiękniej trzepotałyby na lekkim wietrze w środku słonecznego dnia na zielonej łące. I pal licho kicz.
„Poznańska MALTA i RIVERSIDE w Stockton” Kajetan Piekarski
OPCJE 3/94

