Przedstawienia


Imitacje

Powołujemy się na autorytety, czerpiemy wzory, odbijamy się w oczach innych.

Szukamy siebie i siebie nawzajem , szukamy innych w sobie.

Co jest kopią, a co oryginałem?

W poszukiwaniu zaginionego oryginału napotykamy tylko kopie, mniej lub bardziej udane.

Czy jesteśmy ze sobą, czy się tylko sobie śnimy? Czy ja śnię ciebie, czy Ty śnisz mnie?

Jak (czy można) uciec z własnego snu? Co jest we mnie ze mnie, a co z ciebie?


Samotny bohater próbuje wywołać w swoim pokoju zmiany, które odmienią jego życie. Imaginuje-przywołuje kobiety, które spotkał w swoim życiu, lub które chciałby spotkać. W zaludniającym się pokoju pojawia się też jego alter ego. Jest zazdrosny o siebie gdy ten drugi Ja-On, próbuje żyć jego życiem. Niekiedy trochę brakuje mu tego odbicia. Ciekawe jak On-Ja by się zachował? Kobiety krzątają się, są codzienne i odświętne, jak ze starych obrazów, ale współczesne. Chcą się podobać i być kochane. Chcą być lepsze, ładniejsze, niepowtarzalne. Śnią, marzą, są czułe, zawiedzione, buntują się, nienawidzą, czekają. Godzą się z niepowodzeniami, z codziennością, upływem czasu. Przedstawiają, interpretują, rywalizują, wspierają się, udają, grają. Czasem się naśladują. Chwytają się różnych sposobów by zwrócić na siebie uwagę. Różnią się ekspresją ale są podobne. Tworzą nasze małe, codzienne światy równoległe, historie alternatywne. Bohater przygląda się im, ciekaw co jeszcze mu opowiedzą, jakie jeszcze potrafią być. Czuje się reżyserem ich kolejnych pojawień i zniknięć, oryginałów i imitacji. Ale czy nim jest? Zauważa, że każda wypowiedź, nawet najbardziej intymna, może być atrakcyjną sceną filmu reklamowego. Każdy ważny gest może stać się elementem choreografii. Czuje pokusę, żeby właśnie tak wykorzystać to co obserwuje i przeżywa. Rzeczy ważne, jednorazowe, powtarzają się i dewaluują. Nasz bohater-reżyser próbuje dokonać jeszcze jednej spektakularnej zmiany i wznieść się ponad te problemy, ponad swój pokój. Wokół niego rozpędza się totalny teatr. Wie, że musi spojrzeć z dystansu, zdecydować, wybrać. Pośród rzeczy ważnych i błahych, prawdziwych i fałszywych, oryginałów i kopii bohater musi zdecydować, co ocalić. Przerywa ten swój sen-inscenizację, swoje dzieło. (Bo dzieło sztuki jest snem na jawie.) Proces twórczy dobiegł końca, ale czy przygotował go do dalszego życia? Czy coś w jego życiu zmienił? Wydawało się, że panuje nad wszystkim ale dopiero z dystansu dostrzega jedną z dziewczyn, na którą nie zwrócił szczególnej uwagi wcześniej.
Teatr i jego sobowtór. Życie - sobowtór teatru.


Scenariusz: Zdzisław Górski i Zespół
Reżyseria i scenografia: Zdzisław Górski
Muzyka: Collage muzyczny
Premiera: Listopad 2008


Recenzja

Oryginalne „Imitacje” Teatru Snów

Nowy spektakl Teatru Snów jest zarówno podsumowaniem, jak i nowa kartą w historii teatru. Nigdy dotąd wątek kobiecy nie był w nim tak silnie obecny. Odważnie i z wielkim wyczuciem dobrana muzyka, piękne poetyckie obrazy i głębia treści sprawiają, że jest to obowiązkowa pozycja do obejrzenia.

Z ciemności wyłania się łóżko. Pchane przez bohatera powoli wjeżdża na środek sceny, obraca się. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Bohater kładzie się spać wstaje, siada przy stole, znowu się kładzie. Przez powtarzalność prostych czynności określa siebie i osobistą przestrzeń, w której żyje. Nie mogło zabraknąć stałych elementów scenografii Teatru Snów - był stół, krzesła. Były podniebne konstrukcje, które rozbijały akcję na wiele planów. Przypominały bloki, z których z których w każdym dzieje się to samo. Odbicia lustrzane, powtarzanie, naśladowanie, szara codzienność. Bohater początkowo jest sam w swojej uporządkowanej przestrzeni. Nie trwa to jednak długo. Z cienia wychodzą kobiece postacie, które z nieskrywana pewnością siebie dezorganizują bohaterowi cały, świat; jego wewnętrzną przestrzeń. Przestawiają meble zmieniają miejsce przedmiotów. Nie mają szacunku dla jego intymności, ścielą łóżko, układają ubrania. Wszystkiemu towarzyszy świetnie dobrana muzyka, w takt której płyną w tej krzątaninie owe kobiety w błyszczących, szeleszczących sukniach. To piękny, niemal doskonały obraz. Spektakl był nie lada wyzwaniem zarówno dla reżysera, jak i zespołu. Inaczej konstruuje się przedstawienie uliczne, inaczej sceniczne. Widzowie, uziemieni w zamkniętej przestrzeni, zobowiązani są do zachowania ciszy, oczekują jasnego przekazu, ciekawej treści i pięknych obrazów.

A widzowie Teatru Snów są bardzo wymagający. I choć na foyer pojawiły się z ich strony zarzuty o braku odwagi w mówieniu wprost, o upartą staromodność, uważam, że „Imitacje” znakomicie obroniły się na scenie. Są głęboką, spójna całością. W czytelny sposób mówią o ważnych i osobistych sprawach. O samotności i miłości. Każą zadać sobie pytanie o granice kopiowania, przetwarzania nie tyle informacji, co samych siebie. Na ile każdy z nas jest oryginalny, a na ile przejmuje różne wzorce. Czy istniejemy sami w sobie i sami dla siebie, czy też zyskujemy potwierdzenie swojego istnienia dopiero w oczach innych ludzi. Bohaterowie są everymanami. Ich indywidualność i odrębność określają przedmioty. Teatr Snów opowiada o rzeczywistości nie wprost. Posługuje się metaforą, która każdy czyta według swoich doświadczeń i możliwości.

W „imitacjach” budulcem tej metafory są nie tylko obrazy. Górski zdecydował się po raz trzeci w historii teatru wpuścić do spektaklu słowo. Potraktował je jednak we właściwy sobie sposób, wykorzystując je jako tworzywo, materię do zbudowania kolejnej warstwy sensów. Jedyne „słyszalne” słowa wypowiada panna młoda z pretensjami. Swoją kwestię, zaczerpniętąz Becketta, wyrzuca z siebie niczym babskie zrzędzenie, ledwie łapiąc dech.

Jak zapowiadał reżyser, to niezwykle kobiecy spektakl, a jego główny bohater wydaje się być silną, wszechobecną kobiecością przytłoczony i przerażony. Pozostając w cieniu, za oknem, bądź w głębi sceny, obserwuje kobiece monologi o utracie dziecka, trudnej miłości, zdradzie, starości. Wydaje się, że jego świat nie jest tak skomplikowany. Chce tylko być kochany. Nie podejmuje walki, w trudnych chwilach wycofuje się. Świetna aktorska kreacja Marka Kurkiewicza buduje oniryczny klimat spektaklu.[…]

Magdalena Hajdysz

Gazeta Wyborcza-Trójmiasto nr 280

01-12-2008


Stół

Nasze stoły różnią się od siebie kształtem, wielkością, kolorem, obrusami. Chcemy, żeby się różniły. Trudno, żeby zestawione stanowiły coś więcej niż mozaikę różnic.

Ale gdyby je tak wspólnie nakryć wcześniej układając na nich wielki blat.

Zasiądźmy wszyscy przy okrągłym stole. Zobaczmy dlaczego będzie się musiał rozpaść.

Co zdarzy się przy nim, na nim, obok niego, nad nim?

Co zdarzy się z jego rycerzami?

Premiera- 2007

Scenariusz, reżyseria i scenografia - Zdzisław Górski

Muzyka – collage

Recenzje


(...) Dorośli zobaczyli zaś premierę „Stołu” Teatru Snów. Stół to mebel wielofunkcyjny – oprócz powszechnie znanych zastosowań, może odegrać dużą rolę w polityce. Aktorzy Teatru Snów z wielu stolików układają jeden okrągły stół, za którym zasiadają. Zgoda nie panuje jednak długo, bo gdzie dwóch Polaków, tam trzy poglądy… Szybko dochodzi do nieporozumień, ale jak podać sobie rękę na zgodę poprzez monstrualny stół?

Zdzisław Górski, reżyser „Stołu”, w ten sposób tłumaczy krótkotrwałe powodzenie obrad okrągłego stołu. W finale sztuki poszybowało w przestworza białe ubranko, zawieszone na białych balonikach i, choć pewnie stało się to przypadkiem, świetnie zobrazowało ulotność „wielkich” idei. Okrągły stół przetrwać nie mógł, bo prywata zawsze dominuje nad dobrem ogółu – stąd zasiadający przy stole starają się przeciągnąć obrus w swoją stronę, niczym Sienkiewiczowską „ postaw sukna” [staropol. „postaw” - jednostka miary tkanin - przyp.red.]

Sztuka Zdzisława Górskiego jest ciekawą interpretacją najnowszej historii Polski, pełną odwołań do przeszłości.

„Wielosmakowa Feta po gdańsku” Łukasz Rudziński
Gazeta Wyborcza Trójmiasto, 14-15 lipca 2007


(…) W czwartek Teatr Snów pokazał prosty spektakl pt. „Stół”, opowiadający w niezwykle czytelny i wiarygodny sposób o podstawowych zachowaniach społecznych, takich jak tworzenie się grup, ustanawianie hierarchii, osiąganie porozumienia, współpraca. Wszystko to na tle przeżyć najmniejszej komórki społecznej - związku dwóch osób.


„Feta: Do you want some fire? - Gdańsk, Gdynia, Sopot - informacje, aktualności” Michał Stąporek
www.trojmiasto.pl, 14 lipca


Szafarz

Tekst z programu przedstawienia:

Szafa w pustej przestrzeni jest miejscem schronienia, domem.
Jej drzwi oddzielają prozę od poezji.
Właściciel szafy otwiera je czasem próbując tworzyć kolejną wersję rzeczywistości.
Czy lepszą? Może zaledwie dziwną, może groźną? 

Niekiedy wybranym pozwala przejść przez szafę na drugą stronę.
Uruchamia swój teatr. Manipuluje, wtrąca się w życie, na coś łaskawie pozwala, czymś kusi.
Czy tym razem będą mogli kochać, cieszyć się, cierpieć?
Uwięzienie Szafarza niczego nie rozwiązuje. Bo kto ma wówczas ustalać reguły?
Czyż nie lepiej uciec od wolności? Wszystko staje się wtedy prostsze. Nie trzeba dokonywać wyborów.
Czy Szafarz jest szczęśliwy?
Jest samotny bardziej niż ci, którzy są pionkami w jego grach, ci którym płata figle i zagląda pod dachy.

Spektakl odbywa się w przestworzach, chociaż na ziemi. Postacie na szczudłach unoszą się nad małym światem, nad dachami domów.

Powstał z inspiracji malarstwem Marca Chagall i Petera Bruegla Starszego.


Recenzje

Henryka Wach-Malicka

Dziennik Zachodni

17 września 2002

Gdański Teatr Snów konsekwentnie posługuje się poetyką, wywiedzioną ze swojej nazwy. Także „Szafarz” jest spektaklem, w którym obrazy przepływają przed oczami widza jak senne widziadła. Ale to dobry sen, krzepiący i budzący nadzieję.

W atmosferze przedstawienia, w którym nie pada ani jedno słowo, jest coś z wielkiej metafory ,Skrzypka na dachu". To owa wiara, która czyni cuda i pozwala ludziom budować życie po każdym kataklizmie, jeśli tylko znajdą w sobie dość wiary i dość miłości. Poetycki spektakl o potrzebie budowania własnego gniazda i ludzkiej wspólnoty, organizuje przede wszystkim muzyka, zaskakująco rytmiczna, ale idealna w zestawieniu z płynnym ruchem aktorów. Po dużej pustej przestrzeni rozsypuje się garstka ludzi, między którymi przemyka się tytułowy szafarz - dawca dóbr, czasem przekorny, czasem zatroskany, czasem przerażony. Aktorzy wnoszą małe drewniane budowle, rozkładają miękkie dywaniki, sygnalizują rodzące się emocje i potrzebę bycia w gromadzie. Budują swój dobytek, czerpiąc z wnętrza szafy, która ma jednak drzwi z każdej strony, kusi więc czasem zerwaniem więzi i ucieczką w nieznane. Ta szafa, postawiona na twardym asfalcie A PART-owskiego pleneru, wygrywa jednak z dosłownością przestrzeni, choć Teatr Snów grywa to przedstawienie także na miękkich murawach i wtedy pewnie poezji jest więcej...

Małe domki, kościółki, studnie nie przypadkiem można wziąć w dłoń i przenieść w inne miejsce. Tak przecież widzimy swoją przeszłość, zawsze mniejszą niż w rzeczywistości i bardziej przyjazną. A ,Szafarz" nie konkretyzuje miejsca, rodowodu postaci i czasu. Może to sen mieszkańców miasteczka, może spojrzenie zza grobu, a może projekcja marzeń... Tak malował przecież swoją ziemię Marc Chagall, który najwyraźniej inspirował wyobraźnię twórców przedstawienia.

Jest taka scena w tym spektaklu, której uroda na pewno nie umknie z pamięci - mężczyzna na szczudłach znajduje okno, potem w tym oknie pojawia się także kobieta, a potem ktoś podaje im świecznik z płonącymi świeczkami. I są szczęśliwi. Trzeba wiele wysiłku, by taki banał budził wzruszenie. A może wystarczy tylko wrażliwość?

www.opcje.org.pl - z jakiej to imprezy

Szafarz Teatru Snów jest przesiąknięty swojską odmianą realizmu magicznego spod znaku filmów Jana Jakuba Kolskiego. Nawet scenografia tego spektaklu przypomina senną podróż bohaterki Daleko od okna - maleńkie, ruchome domki rodzące się z nienaruszalnej szafy. W obydwu przypadkach rozsypane budowle istnieją dzięki postaci w tej szafie zamkniętej, więc może warto kontynuować porównanie i zastanowić się, czy aby cała ta wioska ­nie jest wyłącznie marzeniem Szafarza. Marzeniem, które powołał do istnienia stawiając pierwszą chatkę i w które, gestem dyrygenta, tchnął życie pełne ruchu i muzyki. W tej wioseczce mieszkańcy drobią wokół swoich małych gospodarstw kroczkiem szybkim, lecz jak to tylko możliwe najbliższym swoich maleńkich dachów. Nawet gdy zyskują możliwość wyrażenia własnych marzeń symbolizująca je para szczudlarzy porusza się krokiem bliskim ziemi. W końcu odrywanie się od niej nie jest zajęciem wieśniaków, lecz w „realnie magicznym” zakątku mieszkających po sąsiedzku aniołów. Swobodny, wyprostowany bieg „ku górze” chłopca z naprędce do pleców przyczepioną drewnianą framugą zamyka opowieść o magicznym miejscu. Opowieść urzekającą swoim plastycznym pięknem, co wydaje się zgoła niewykonalne przy środkach tak prostych - w końcu prawie całą scenografię tworzy kilka kartonowych budowli i starych dywanów. Atmosfera arkadii i wesołego rozgardiaszu osiągnięta została dzięki zespołowej grze o precyzji układu tanecznego. Nic - od sposobu, w jaki stawiane są stopy, po kierunek, w którym należy przenieść chałupkę - nie jest tu przypadkowe. I pewnie właśnie dlatego widz ma pewność, że w tej wiosce idealnej nawet rewolucja musi być urocza i z happy endem. Ma rację.


Gazeta Wyborcza Trójmiasto sobota-niedziela 16-17 sierpnia 2003

Gdańsk. Trwa Feta 2003

Damy dworu jeżdżą na rolkach

Mirosław Baran

W czwartek po południu pierwsze kolorowe parady przeszły ulicami Głównego Miasta. Rozpoczął się VII Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych Feta.

[...] Pochodzący z Gdańska Teatr Snów zaprezentował widowisko „Szafarz”. Jest to symboliczna, oniryczna opowieść o ludziach poszukujących swojego miejsca w świecie, podejmuje także problematykę wolności. Tytułowy Szafarz jest swoistym bogiem ich świata, kieruje działaniami swoich „dzieci”. Jednak wyzwolenie się spod wpływu demiurga, czyli zamknięcie go, nie przynosi bohaterom niczego poza chaosem.


Księga utopii

Było to nasze największe widowisko plenerowe.

W programie zamieściliśmy kilka cytatów:

„Utopista nie godzi się na świat zastany, nie zadowala się aktualnie istniejącymi możliwościami: marzy, antycypuje, projektuje, eksperymentuje. Właśnie akt takiej niezgody powołuje do życia utopię. Rodzi się ona wtedy, gdy w świadomości ludzkiej zjawia się rozdarcie między tym, co jest, a tym co być powinno; miedzy światem, który jest, a światem, który jest do pomyślenia.”

„Utopię zniszczyć może tylko zmiana rzeczywistości, z której negacji ona wyrasta. Paradoksalnie, przezwyciężeniem utopii może być tylko jej realizacja.” Jerzy Szacki „Utopie”


„Utopia jest od i do świata.” Krystian Lupa „Utopia i jej mieszkańcy”


Premiera: czerwiec 1999
Scenariusz, reżyseria i projekty konstrukcji: Zdzisław Górski
Scenografia: Zdzisław Górski z pomocą Anny Tomaszuk
Muzyka: Anna Nacher i Marek Styczyński - Karpaty Magiczne


Recenzje

Gazeta Wyborcza Morska. Kultura. Nr 14 23.06.99 r.

Wyspy Snów

Przygotowania do premiery

Monika Brand

W „Księdze utopii”, w tym tytule, jest pewne zaklęcie – mowi Zdzisław Górski, twórca najnowszego plenerowego widowiska Teatru Snów.

Sala gimnastyczna szkoły podstawowej w Studzienicach. Dwie 3,5-metro­we wieże mieszczą się tu swobodnie. Dzień wcześniej przyjechały z oddalo­nych kilka kilometrów Somin, gdzie w ośrodku wypoczynkowym Uroczysko gdański Teatr Snów ma swoją siedzibę i pracownię. - Trzecią, najwyższą wie­żę, przywiozą trochę później z Bytowa - mówi Zdzisław Górski, twórca tego ulicznego teatru, reżyser kolejnej pre­miery „Księgi utopii".

Najpierw wychodzi Artur. Porusza się powoli, próbując rozpoznać pustą prze­strzeń. Dopiero po chwili pojawia się płaszczyzna na dwóch kółkach, z żaglem. Potem druga, na niej stół i krzesło. Ak­torzy łagodnie wprawiają w ruch oba obiekty. Dołącza do nich trzeci. To łóż­ko na jednym kole. - Zróbmy przejażdżkę - krzyczy Zdzisław, a jego zwielo­krotniony głos roznosi się po sali. - To jest coś konkretnego.

Wszystko idzie w ruch. Powiewa biały żagiel. Aktorzy pchają przed sobą obiek­ty machiny. Dla mnie to obiekty, dla Zdzi­sława - wysepki życia. - Opowiadamy historię człowieka, który odczuwa pewien niedosyt w swojej pustej przestrzeni ży­cia - mówi. - Próbuje ją zagospodaro­wać, stworzyć lądy dla siebie, dla innych. I kiedy te wysepki się zaludniają, okazu­je się, że nie daje się działać wspólnie.

Obiekty łączą się z sobą, zaludniają je aktorzy. Powstało lokum, przystań. Kie­dy zejdą, pozostawiając Artura samego, powstanie karuzela. Leniwe obroty, ruch bez pośpiechu. Każdy chwyta swój obiekt. Precyzyjnie ustawiona przystań rozsypu­je się, rozjeżdża. - Żadnego jeżdżenia - strofuje Zdzisław. - Już tyle jeździmy, że wszyscy będą mieli dość.

Wyłania się jednokołowa płaszczyzna z żaglem i drabinkami. Ktoś wspina się na jedną z nich. Sala gimnastyczna nabie­ra intrygującego wyrazu. Jej powszednia pospolitość ustępuje miejsca magicznym działaniom ludzi i przedmiotów. Pod ścia­ną tymczasem się Adam i Piotr. Wskakują w buty przymocowane do szczudeł, a potem... - Nie pisz wszyst­kiego - prosi Adam. - A przede wszyst­kim nie o tym. Niech będzie niespodzian­ka. Szkoda, bo to, co widzę, jest śliczne. Zniewala urodą, zniewala pomysłem. W prawym rogu sali Artur wkłada na ple­cy stół i krzesło, a na nogi małe szczudła. Wjeżdża jedna z wież, na którą Artur wejdzie. - Co, dziwisz się, że facet pcha się ze szczudłami na wieżę? - śmieje się Gór­ski.-Wiesz, jakoś mi się ten pomysł spo­dobał. Obok przepływa Alicja z ożaglo­wanym stołem. - Jestem jedną z wielu postaci towarzyszących bohaterowi. Być może on je wymyślił, być może nie... - mówi. - To są imaginacje Artura, po­stacie, których on używa do sprawdzenia jakiejś koncepcji - wyjaśnia Zdzisław. - Albo mu się to śni, albo sobie wymy­śla, albo naprawdę spotyka i wyciąga wnioski. Nie chcę tego do końca dopo­wiadać.

Utopista nie zgadza się na to, co jest. Utopista marzy i eksperymentuje. W „Księdze utopii" Teatr Snów znów się­ga do człowieczych marzeń. - W jakimś sensie jest to kontynuacja „Republiki ma­rzeń". Nawiązujemy do tamtego spekta­klu. Chodzi o to, by przestrzenie życia bu­dować gdzie indziej, w bardziej egzotycz­nych dla nas miejscach. Na przykład w przestworzach - mówi Górski. - Uto­pia, tytułowa wyspa Tomasza Morusa, była otoczona wodami. To był jakiś ląd, gdzieś tam. Do tego się odwołujemy. Myślę też o utopiach współczesnych, utopii solidarności międzyludzkiej, tej przez małe s. Obserwujemy, jak trudno się lu­dziom porozumieć.

Po raz pierwszy Teatr Snów będzie grał wysoko i wielopiętrowo. - To podesty miejsca życia. Ale oczywiście chcemy też, żeby zobaczyło ten spektakl jak naj­więcej ludzi - przyznaje Zdzisław. Po raz pierwszy też muzykę do spektakle gdań­skiego teatru napisali Marek Styczyński i Anna Nacher z Teatru Dźwięku Atman. Specjalnie dla Snów nagrano solowe i chóralne wokale. Muzyka brzmi egzo­tycznie. Wśród instrumentów - skrzypce turkmeńskie, wietnamski monohort, lira korbowa, na której gra Szkot. Poza tym dzwonki, misy, gitara elektryczna, flet, klarnet.

Sekwencje, poruszenia, całą dopraco­waną w sali strukturę spektaklu trudno przenieść na ulicę, w żywą przestrzeń, na inne podłoże. - Skupiamy się na zabie­gach inscenizacyjnych, żeby pokazać ży­wość i różnorodność przestrzeni, to, jaka jest na różnych piętrach –mówi Zdzisław.

Około szesnastej z Bytowa przyjeżdża najwyższa konstrukcja. W kawałkach. Okazuje się, że bez wiertarki ani rusz. Drogą, gęsto wysadzaną łubinem, jedzie­my do Somin. Po powrocie cały Teatr Snów składa aluminiowego giganta. Sta­wiamy go wspólnymi siłami. Pod wie­czór wszystkie wieże zjeżdżają się, wy­czarowując statek.

Prapremiera „Księgi utopii" w reżyserii i scenografii Zdzisława Górskiego odbędzie się 30 czerwca o godz. 22 na Targu Węglo­wym w Gdańsku podczas III Międzynarodo­wego Festiwalu Teatrów Ulicznych i Plene­rowych Feta

Gazeta Wyborcza. Gazeta Morska. 30.06.1999

Kultura

Wyczarować smoka

Gdańsk. Festiwal teatrów ulicznych

Monika Brand

Koń i owczarek szkocki, szermierka i tancerze w akwarium. Popisy fajerwerków i szczudlarze. Dzisiaj rozpoczyna się III Feta.

(...)

Wieże Snów i smok z motorówki

Teatr Snów to jedyna w Gdańsku grupa, realizująca spektakle z myślą o przestrzeni miasta. Swoje premierowe widowisko, „Księgę utopii”, które otworzy dziś trzecią edycję festiwalu, zespół Zdzisława Górskiego przygotowywał w ośrodku wypoczynkowym w Sominach, oddalonych od Gdańska o 100 kilometrów. Kiedy elementy scenografii były już gotowe, teatr przeniósł się do sali gimnastycznej w szkole podstawowej w Studzienicach. Tylko tam zmieścić się mogły trzy kilkumetrowe wieże. Tam też swobodnie można było poruszać się, pchając przed sobą rozległe podesty na kółkach, tam wreszcie szczudlarze bezpiecznie mogli ćwiczyć jazdę na oryginalnych rowerach.

- Na ulicy wszystko się zmienia – mówi twórca „Księgi utopii” Zdzisław Górski.– Inne niż w sali podłoże powoduje odmienny ruch aktorów. Silny wiatr może zmienić kształt żagla, dopracowana „choreografia” naszych jeżdżących obiektów może się rozsypać.

Teatr Snów, znany z plenerowych widowisk osnutych mgiełką poezji, po raz pierwszy grać będzie na kilkupiętrowych konstrukcjach. Nad naszymi głowami toczyć się będzie historia człowieka, poszukującego swojego miejsca na ziemi.

(...)

Gazeta Wyborcza nr 15 25.06.99 r. Co jest grane

Teatr na ulicy

Feta ‘99

Monika Brand

W środę, 30 czerwca, premierowym przedstawieniem gdańskiego Teatru Snów „Księga utopii" rozpocznie się III Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych Feta. Tuż przed spektaklem w galerii Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku (ul. Korzenna 33/35) otwarta zostanie wystawa .Foto Feta II", dokumentująca ubiegłoroczną edycję ulicznego święta.

Inicjatorem zorganizowania w Gdańsku festiwalu teatrów grających na ulicy jest Zdzisław Górski, twórca teatru Snów, jedynego w Trójmieście zespołu o takim profilu.

Pierwsza, dziewięciodniowa Feta odbyła się w 1997 foku na gdańskim osiedlu Zaspa, zajmując ważne miejsce w kalendarzu milenijnych imprez kulturalnych. Słuchacze Radia Gdańsk i Czytelnicy naszej „Gazety” uznali Fetę za najważniejsze kulturalne wydarzenie obchodów milenijnych.

Tego lata festiwal, po raz trzeci, organizuje Młodzieżowy Klub Twórczy Plama na Zaspie. Do Gdańska przyjedzie osiemnaście teatrów z Polski, Francji, Hiszpanii, Izraela, Ukrainy, Niemiec, Słowenii i Australii. Po raz pierwszy na Fecie wystąpi aż siedem polskich grup, w tym dwie z Gdańska.

W programie dominować będą parady. Pojawią się też, po raz pierwszy na tym festiwalu, teatry tańca i artyści lalkarze. Organizatorzy zapowiadają wiele premierowych przedstawień.

W tym roku Feta będzie nieco spokojniejsza. Oszołamiającą ilość fajerwerków i cyrkowe popisy ulicznych buskerów postanowiono zastąpić różnorodnością stylistyczną.

- Chcemy podczas tego święta ulicy szukać te­atru - wyznaje Elwira Twardowska z Plamy.

W „Księdze utopii" Zdzisława Górskiego Teatr Snów opowiada historię człowieka, próbującego znaleźć dla siebie i dla innych przestrzeń do ży­cia. - Próbujemy szukać tych lądów w miejscach egzotycznych na przykład w przestworzach - mó­wi autor scenariusza i reżyser Zdzisław Górski. ,Księga utopii”, inspirowana dziełem Tomasza Morusa, to także opowieść o marzeniach, któ­re towarzyszą człowiekowi w jego codziennych zmaganiach. - W tym widowisku będziemy cy­tować siebie - przyznaje Górski. Pojawią się wąt­ki z ,Republiki marzeń", spektaklu granego już od jedenastu lat. „Księga” jest najbardziej skom­plikowanym technicznie przedsięwzięciem gdań­skiego teatru. Na Targu Węglowym pojawią się kilkumetrowe wieże i ekscentryczne pojazdy. Ory­ginalną muzykę do widowiska Snów napisali Ma­rek Styczyński i Anna Nader z Teatru Dźwięku Atman.

(...)

Gazeta Wyborcza. Co jest grane. Piątek 25 sierpnia 2000

Podróż do kresu

Zakończenie letnich spotkań teatrów ulicznych

JAN

z Torunia

To będzie już ostatni spektakl w ramach Letnich Spotkań Teatrów Ulicznych. W sobotę na Rynku Staromiejskim wy­stąpi Teatr Snów z Gdańska ze spekta­klem „Księga Utopii".

Teatr Snów powstał w 1986 r. Najważniejsze elementy jego poetyki to narracyjny skrót, prze­nikanie się obrazów oraz zróżnicowany, staran­nie dobierany do każdego spektaklu ruch. Teatr Snów dzieli wspólnie z Artaudem przekonanie, że teatr nie sprowadza się do scenicznego przed­stawienia świata literatury. Prawdziwy teatr, po­dobnie jak kultura, nigdy nie był pisany. „Księ­ga Utopii" łączy subtelną metaforę z żywiołem plenerowego widowiska. Spektakl można stre­ścić tak: zagubiony człowiek dryfuje na małej żaglówce w poszukiwaniu swego raju. Po dro­dze zacumuje przy dryfujących tratwach-do­mach, stole dla samotnika i wielkim łożu-tacz­ce. Powoli będą go otaczać inni ludzie, z który­mi będzie się wspinał na kolejne szczeble dra­biny do nieba. Czy będzie to jego Niebo, czy tyl­ko utopia, ułuda, marzenie? Są w tym spektaklu sceny uwodzące urodą i treścią. Człowiek nio­sący na plecach kawałek domu, szczudlaci ro­werzyści poruszający się jak w transie, czy dziw­ny statek demolujący wyspę. Te wszystkie cuda zaczynają się o 21.00.

Podpis pod zdjęciem na pierwszej stronie

Teatry uliczne odlatują na zimę

Kończą się wakacje, letni sezon dla wagabundów i wędrownych aktorów. Toruń żegna się z Letnim Przeglądem Teatrów Ulicznych, lecz będzie to pożegnanie w mocnym stylu: mieszkańcom objawi się „Księga Utopii”, zaprezentowana przez Teatr Snów, kompanię za ó spektakl podziwianą i nagradzaną na wielu polskich przeglądach.


Gazeta Wyborcza Morska. Piątek 2 lipca 1999

Wieża marzeń

Gdańsk. Premiera Teatru Snów na Fecie

Monika Brand

Z czterdziestominutowym opóź­nieniem rozpoczął się pierwszy spektakl Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Plenerowych i Ulicznych Feta. W „Księdze Utopii" Te­atr Snów spróbował połączyć subtelną metaforę z żywiołem plenero­wego widowiska.

Utopia jest niezgodą na to, co jest. Utopista jest marzycielem i buntow­nikiem. W widowisku gdańskiego te­atru, które zainaugurowało w środo­wą noc trzecią edycję festiwalu tea­trów grających pod chmurką, czło­wiek nie ustaje w poszukiwaniu swo­jego miejsca na ziemi. W prologu wi­dowiska, odegranego na Targu Wę­glowym pomiędzy budynkiem LOT-u i Katownią, bohater próbuje rozpoznać pustą przestrzeń. Jego sa­motna obecność wyraża się w mięk­kim, łagodnym ruchu; niema sylwet­ka poruszającego się w mroku aktora w sposób czytelny i prosty wprowa­dza nas w świat jego bohatera, skaza­nego na wędrówkę.

Kiedy na plac wjeżdżają poziome obiekty, pchane przez kolejne posta­cie, przestrzeń zagęszcza się - samot­ność człowieka nabiera mocniejszego wyrazu. Na ruchomych płaszczyznach pojawiają się atrybuty domu - stół i krzesło. To przystań, miejsce do ży­cia. Oczywiste, nienaruszalne.

W początkowych sekwencjach spek­taklu obrazy budowane są w pozio­mach. Monotonny rytm jeżdżących płaszczyzn zostaje przełamany w chwili pojawienia się dwóch szczu­dlarzy na ekscentrycznych, wysokich rowerach.

Płyną po Targu Węglowym, zataczając koło ostrym łukiem, niemal wjeżdżając w siedzących na ziemi widzów.Rozlega się zbiorowe „Ooo..", szczudlarze odpływają.

W premierowym widowisku Teatru Snów, tak jak w poprzednich spektaklach, poetycko kreślony obraz przenika się z metaforyczną treścią. Najlepiej podkreślają to trzy kilkumetrowe wieże, wjeżdżające dostojnie na plac. Symbolika pięter, pokonywanych przez bohatera, jest przejrzysta. Poszukiwanie życiowych przestrzeni na kolejnych płaszczyznach tożsame jest z przypisaną człowiekowi potrzebą marzeń i swobody wyboru, a także wolą pokonywania kolejnych przeszkód.

Spowolniony rytm narracji, budowany szczególnym, ospałym ruchem aktorów, to cecha wyróżniająca gdański teatr. W podobnym tempie toczyły się „Republika marzeń”, „Wizyta”, „Ogród”. Teatr Snów od lat usiłuje pokazywać na ulicy subtelny, owiany. mgiełką poezji świat, w którym poruszenia szczudlarzy, biel żagli, skrzydeł czy obrusów wykreowują rzeczywistość jak z sennego marzenia.

Po raz pierwszy, w „Księdze utopii” właśnie, zespół zmierzył się z często eksploatowanymi przez teatry plenerowe ogromnymi, widowiskowymi elementami scenografii. Zbudowano aluminiowe jeżdżące wieże, skonstruowano ruchome płaszczyzny i oświetlono je żywym ogniem. I choć ten, obliczony na efekt, zamysł sprawdził się na targu, przyznać trzeba, że nie pomógł on spektaklowi. Nieustanna jazda obiektów, ich nazbyt długo trwająca prezentacja spowolniły rytm widowiska, zacierając czytelność „Księgi”.

Sceniczną monotonię podkreślało fatalne oświetlenie. Światło kilku mizernych reflektorów ślizgało się chaotycznie po obiektach, pozostawiając w mroku sylwetki aktorów. Siłą rzeczy więc, bohaterem „Księgi utopii" stała się scenografia, trudna w obsłudze, wymagająca siły kilkunastu rąk. Szkoda.

Są jednak w spektaklu Zdzisława Gór­skiego sceny, uwodzące urodą i treścią - na przykład, bohater niosący na ple­cach kawałek domu, czyli stół i krze­sło. Szczudlaci rowerzyści, poruszają­cy się jak w transie. Statek, wyczarowa­ny z aluminiowych konstrukcji, który

rozjeżdża się, demolując wyspę życia... Trzepoczące na wietrze żagle. Zastyga­jące na wysokościach postaci.

Na pewno zapamiętam choreogra­fię „Księgi” - płynną, do­pracowaną, wzbogaconą elementami pantomimy Nie zapomnę też ptasiejgromady, która przeleciała nad Targiem w czasie spektaklu.

Dziennik Bałtycki. Piątek 2 lipca 1999 r.

Fetowanie czas zacząć

Festiwal Teatrów plenerowych i Ulicznych wystartował

Piotr Jacoń

Feta ma już swoją historię. Najlepszym na to dowodem jest wystawa zdjęć z ubiegłorocznego festiwalu. W galerii Nadbałtyckiego Centrum Kultury przy Korzennej w Gdańsku otworzył ją wiceprezydent miasta Jerzy Gwizdała (choć otwierając przejęzyczył się i najpierw otworzył ustawę).

(...)

Teatr Snów

Zaczął z półgodzinnym opóźnieniem – ale pewnie dlatego, że ulica rządzi się swoimi prawami. Na premierowe przedstawienie Teatru Snów, oprócz, nocnych teatromanów, na Targ Węglowy przyleciały też eskadry komarów, które bardziej niż sztuką interesowały się krwiście roznegliżowanymi ciałami pierwszych.

Widownia w tym ulicznym misterium wpisana jest w jego naturę. I to właśnie jednym pozwala myśleć o poprawianiu świata, a innym zachwycać się sennymi wariacjami motoryzacyjnymi: pięcio- i sześciokołowymi rowerami. „Księga Utopii” to przygotowana z największym od 12 lat rozmachem kolejna opowieść Zdzisława Górskiego. Była tak jak dotychczas powiewna i długoszczudła, z autocytatami z „Wizyty” i „Republiki marzeń”.

Czytanie „Księgi Utopii” trzeba zacząć oczywiście od podstaw, czyli od Ziemi. Samotny, zagubiony w pustce i przyziemności placu człowiek walczy z powietrzem. Potem wsiądzie na małą żaglówkę, by po drodze zacumować na chwilę przy dryfujących tratwach-domach – stole dla samotnika – tylko z jednym krzesłem i wielkim łożu-taczce. Czlowieka powoli będą otaczać coraz nowi ludzie – pielgrzymi. Razem z nimi będzie wspinał się na kolejne szczeble drabiny do nieba. Będąc już na jej końcu, zejdzie jednak do swego pokoju na podniebnym strychu i sztywno usiądzie przy stole. Wybór się dokonał. Niebo jest Utopią. Została Ziemia – choć ciągle jednak bliska Niebu.

Lot

Na wielkich platformach w finale powiewać powłóczyste suknie – ziemska namiastka anielskości. Światło zgaśnie, a razem z nim samotny anioł stróż niezręcznie zawieszony między niebem i ziemią. Ścichnie też muzyka Anny Nacher i Marka Styczyńskiego. Ciszę przerwie jedynie buczenie silników. W tym drugim, nieoficjalnym finale nad Gdańskiem przeleciał bowiem samolot relacji Warszawa – Rębiechowo... Po co przypisać sobie skrzydła, skoro Lotem bliżej...

Początek był zatem podniebny. Utrudniała go burza, która przyszła nad Gdańskiem. Nie przeszkodziła jednak francuskiemu Theatre de la Toupine wielką teatralną paradą zburzyć spokoju wybrukowanych uliczek.

Ruch Teatralny 11/1999

III Feta

(...)

Festiwal otworzył gdański Teatr Snów Zdzisława Górskiego, scena sławna w świecie, której plastyka obrazu doskonale zestrojona z muzyką bardzo podobała się publiczności. „Księga Utopii” to opowieść o człowieku, który poszukuje swego miejsca na ziemi. Wielkie konstrukcje były zaskoczeniem dla wielu widzów. Teatr Snów takie widowisko zaprezentował po raz pierwszy” (Alina Kietrys, Głos Wybrzeża nr 126).

Ruch Teatralny 7(46)

„Księga utopii” Teatru Snów

reż. Zdzisław Górski, prem. 30 czerwca

Pod urokiem widowiska, mimo zastrzeżeń, pozostaje Monika Brand: „Z czterdziestominutowym opóźnieniem rozpoczął się pierwszy spektakl Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Plenerowych i Ulicznych Feta. W „Księdze utopii” Teatr Snów spróbował połączyć subtelną metaforę z żywiołem plenerowego widowiska. Utopia jest niezgodą na to, co jest. Utopista jest marzycielem i buntownikiem. W widowisku gdańskiego teatru (...) człowiek nie ustaje w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. W prologu widowiska, odegranego na Targu Węglowym, pomiędzy budynkiem LOT-u i Katownią, bohater próbuje rozpoznać pustą przestrzeń. Jego samotna obecność wyraża się w miękkim, łagodnym ruchu; niema sylwetka poruszającego się w mroku aktora w sposób czytelny i prosty wprowadza nas w świat jego bohatera, skazanego na wędrówkę. Kiedy na plac wjeżdżają poziome obiekty, pchane przez kolejne postacie, przestrzeń zagęszcza się, samotność człowieka nabiera mocniejsego wyrazu. Na ruchomych płaszczyznach pojawiają się atrybuty domu, stół i krzesło. To przystań, miejsce do życia. Oczywiste, nienaruszalne. W początkowych sekwencjach spektaklu obrazy budowane są w poziomach. Monotonny rytm jeżdżących płaszczyzn zostaje przełamany w chwili pojawienia się dwóch szczudlarzy na ekscentrycznych wysokich rowerach. Płyną po Targu Węglowym, zataczając kolo ostrym łukiem, niemal wjeżdżając w siedzących na ziemi widzów. Rozlega się zbiorowe: Ooo..., szczudlarze odpływają. W premierowym widowisku Teatru Snów, tak jak w poprzednich spektaklach, poetycko kreślony obraz przenika się z metaforyczną treścią. Najlepiej podkreślają to trzy kilkumetrowe wieże, wjeżdżające dostojnie na plac. Symbolika pięter, pokonywanych przez bohatera, jest przejrzysta. Poszukiwanie życiowych przestrzeni na kolejnych płaszczyznach tożsame jest z przypisaną człowiekowi potrzebą marzeń i swobody wyboru, a także wolą pokonywania kolejnych przeszkód. Spowolniony rytm narracji, budowany szczególnym, ospałym ruchem aktorów, to cecha wyróżniająca gdański teatr. W podobnym tempie toczyły się „Republika marzeń”, „Wizyta”, „Ogród”. Teatr Snów od lat usiłuje pokazywać na ulicy subtelny, owiany mgiełką poezji świat, w którym poruszenia szczudlarzy, biel żagli, skrzydeł, czy obrusów wykreowują rzeczywistość jak z sennego marzenia. Po raz pierwszy, w „Księdze utopii” właśnie, zespół zmierzył się z często eksploatowanymi przez teatry plenerowe ogromnymi, widowiskowymi elementami widowiskowymi elementami scenografii. Zbudowano aluminiowe jeżdżące wieże, skonstruowano ruchome płaszczyzny i oświetlono je żywym ogniem. I choć ten, obliczony na efekt, zamysł sprawdził się na Targu, przyznać trzeba, że nie pomógł on spektaklowi. Nieustanna jazda obiektów, ich nazbyt długo trwająca prezentacja spowolniły rytm widowiska, zacierając czytelność „Księgi”. Sceniczną monotonię podkreślało fatalne oświetlenie. Światło kilku mizernych reflektorów ślizgało się chaotycznie po obiektach, pozostawiając w mroku sylwetki aktorów. Siłą rzeczy więc, bohaterem „Księgi utopii” stała się scenografia, trudna w obsłudze, wymagająca siły kilkunastu rąk. Szkoda. Są jednak w spektaklu Zdzisława Górskiego sceny, uwodzące urodą i treścią, na przykład, bohater niosący na plecach kawałek domu, czyli stół i krzesło. Szczudlaci rowerzyści, poruszający się jak w transie. Statek wyczarowany z aluminiowych konstrukcji, który rozjeżdża się demolując wyspę życia.... Trzepoczące na wietrze żagle. Zastygające na wysokościach postaci. Na pewno zapamiętam choreografię „Księgi”, płynną, wyważoną, dopracowaną, wzbogaconą elementami pantomimy. Nie zapomnę też ptasiej gromady, która przeleciała nad Targiem w czasie spektaklu” (Gazeta Morska nr 152).

Alina Kietrys: „Prapremierowy spektakl (...) Zdzisława Górskiego był efektowny (...) „Księga utopii” stara się dotrzeć do marzeń, opowiada jak we śnie, o szczęściu i miłości. Co jest utopią? Każdy widzi. Przedstawienie ma piękne, efektowne plastycznie sceny. Szczególnie ta na rowerach-wehikułach czasu zapada w pamięć” (Głos Wybrzeża nr 125).

Tydzień później, w Warszawie obejrzała LIB [Liliana Bardijewska]: „Tłumy widzów obserwowały „Księgę Utopii” pokazaną przez Teatr Snów z Gdańska w ramach Sztuki Ulicy (...) Widzowie oglądali spektakularne widowisko gdańskiej grupy, siedząc na schodkach i krawężnikach placu Zamkowego. Na scenie pojawiały się postaci na szczudłach, poruszające się na kilkumetrowej wysokości rowerach i na innych przedziwnych urządzeniach. Jednak każda z prezentowanych utopii nieuchronnie kończyła się porażką. Olbrzymia konstrukcja w kształcie statku początkowo zdawała się jednoczyć wszystkich bohaterów. Jednak i ona zakończyła się katastrofą, wyrażoną symbolicznym spaleniem żagla. W końcowej scenie bohater zapalił naftową lampę, pozytywistyczny kaganek oświaty” (Gazeta Stołeczna nr 156)

Z nogi na nogę

Pofestiwalowe refleksje Piotra Jaconia: „- Ganiacie nas jak stado baranów – ze łzami w oczach wykrzykiwał w stronę organizatorów starsza kobieta. Organizacja nie była najmocniejszą stroną zakończonego w niedzielę [4 lipca] III Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Plenerowych i Ulicznych Feta. Festiwal zamknęła budząca entuzjazm widzów wielka, nocna parada ulicami gdańskiej Starówki. Ale tegoroczna Feta nie pozostawi po sobie szczególnie miłych wspomnień. Aktorzy nie zawsze byli pewni, czy wsytąpią

Zawiodły także polskie premiery przygotowane właśnie na tegoroczną Fetę. Teatr Snów pokazał „Księgę Utopii” przydługie i rozwlekłe widowisko o konfrontowaniu własnych marzeń z rzeczywistością. [...] (Dziennik Bałtycki nr 155)

Gazeta Wyborcza Stołeczna 7.07.99

Utopia na ulicy

Plac zamkowy. Spektakl Teatru Snów.

LIB

Tłumy widzów obserwowały "Księgę Utopii" pokazaną przez Teatr Snów z Gdańska w ramach Sztuki Ulicy. Dziś ostatnie przedstawienia festiwalu.

Widzowie oglądali spektakularne wi­dowisko gdańskiej grupy, siedząc na schodkach i krawężnikach placu Zam­kowego.

Na scenie pojawiały się postaci na szczudłach, poruszające się na kilku­metrowej wysokości rowerach i na in­nych przedziwnych urządzeniach. Jed­nak każda z prezentowanych „utopii" nieuchronnie kończyła się porażką. Ol­brzymia konstrukcja w kształcie stat­ku początkowo zdawała się jednoczyć wszystkich bohaterów. Jednak i ona zakończyła się katastrofą, wyrażoną symbolicznym spaleniem żagla. W końcowej scenie bohater zapalił na­ftową lampę - „pozytywistyczny ka­ganek oświaty".

(...)



Ogród

„W renesansowym wyobrażeniu pejzażu pojawia się nowy przedmiot, by wkrótce w nim zająć miejsce uprzywilejowane: oto Statek Szaleńców...”- Michel Foucault


„Historycy sztuki wskazują, że łódź przedstawiona na obrazie Boscha wywodzi się z „lunarnych łodzi karnawałowych”. Łódź ta jest malarskim wyobrażeniem carrus navis – pomalowanej na niebiesko łodzi na kołach, którą w ludycznym korowodzie ciągnięto ulicami piętnastowiecznego miasta, czcząc w ten sposób nadchodzącą wiosnę.”- Stefan Chwin


„Podróż na Wschód to wyprawa do fantastycznej wyśnionej krainy czarów. Odbywa się ona nie tylko w przestrzeni jest również wyprawą w czas.”

Leszek Kolankiewicz

„Podróż na Wschód, która jest zawsze podróżą wewnętrzną, otwiera „ogród” całej kultury, burząc wszelkie przegrody.”- Anna Sobolewska


„Dusza jest ogrodem.”- Stanisław Horno Popławski


Łódź Głupców, Statek Szaleńców, po przemierzeniu niezliczonych szlaków wodnych, kołowych i powietrznych staje przed bramą Ogrodu. Jednego z Ogrodów.

Wędrowcom towarzyszy tęsknota za czasem kiedy łączność między Niebem i Ziemią była łatwiejsza, kiedy można było z łatwością docierać do Nieba za pomocą drzewa lub drabiny czy nawet wchodząc na górę.

„I każdy Obszar, który Człowiek widzi naokoło domu,

Kiedy stoi na swoim dachu albo w sadzie na górce

Półtora sążnia wysokiej , taki Obszar jest jego Wszechświatem:

Na jego krańcach Słońce wschodzi i zachodzi, ...

A jeżeli przeniesie swoją siedzibę, jego Niebo też się przeniesie,”

William Blake “Milton” w tłumaczeniu Czesawa Milosza


Otwierają i zamykają niekończące się drzwi -

nie zaznawszy spokoju za życia -

błąkają się po Wszechświecie -

są krzykiem świateł wyciem wiatru

błagalnie wyciągniętymi konarami drzew -

są w nas i w gwiazdach -

w tak wielkim wielkim Wszechświecie

nie ma dla nich nawet skrawka miejsca -

błąkam się wśród nich także ja -

jeszcze jedna ...

... w kolejnych drzwiach –

Alicja Mojko­­­


Wizyta

Ida Bocian ( praca magisterska  w Akademii Teatralnej w Warszawie) str. 45-46

Kolejną premierą uliczną Teatru Snów był spektakl „Wizyta”, oparty na motywie cervantesowskiego Don Kichota. Podobnie jak wcześniejsze i ten nie był adaptacją dzieła literackiego - przywołuje jedynie archetyp wiecznie szukającego przygód wędrowca, żyjącego w świecie własnych imaginacji i wiernego dawno zapomnianym ideałom. Pierwszy pokaz odbył się 21 maja 1993 roku w Gdańsku, na Długim Targu. Była to jedyna w swoim rodzaju prezentacja, ponieważ odbyła się bez głównej postaci Don Kichota - granego przez Zdzisława Górskiego, który tym razem zdecydował się jeszcze pozostać w roli reżysera, sprawdzając konstrukcję przedstawienia i odbiór publiczności, by nanieść ewentualne poprawki. Spektakl nie odbiega od dotychczasowej stylistyki Teatru. Podobnie jak wcześniej, posługuje się sprzętami codziennego użytku: stołami, obrusami, świecznikami, zastawą stołową. I jak przedtem używa efektownych konstrukcji z białego płótna i listewek. Jednakże to najbardziej widowiskowe z przedstawień zrealizowanych w konwencji „Republiki marzeń”. Dominują tutaj - inspirowane konstrukcjami używanymi przez Teatr Pan-Optikum, jednego z gości Festiwalu w Jeleniej Górze - latawce i żagle. Na oczach widzów zmieniają swoje kształty, unoszą się w powietrzu, tworząc efektowne obrazy. To kolejna wypowiedź o konfrontacji świata marzeń z codziennością. Tym razem bohaterem jest Don Kichot odwiedzający Dulcyneę i Sancho Pansę, zajętych codzienną krzątaniną. Tajemniczy i ekscentryczny fascynuje gospodarzy, urzeka ich. Jego pojawienie wywołuje strach pomieszany z ciekawością i pragnieniem przeżycia przygody. Dulcynea porzuca swoje dotychczasowe zajęcia i decyduje się wyruszyć z Don Kichotem w podróż. Jednak ten, w tej właśnie chwili, odstawia swoją kopię i sięga po nakryty stół. Chce porzucić wędrówkę, jest zmęczony, tęskni za ciepłem i spokojem. Dulcynea jest zaskoczona i rozczarowana. Odchodzą razem, on - trzymając stół, ona - zwinięty obrus, tak jakby szukali spokojnego miejsca na posiłek. Pozostaje tylko porzucona lanca. Ale pojawia się ktoś, kto ją podnosi, kto będzie kontynuował wyprawę - kolejny marzyciel, „broniący straconej sprawy poezji w świecie prozy.”[1]

Przedstawienie grane było siedem sezonów, do roku 1998. Podobnie jak „Republika” cieszyło się dużym zainteresowaniem i było zapraszane na imprezy w całej Polsce i za granicą.



[1] Cytat z opowiadania Manekiny w: Sklepy cynamonowe B. Schulza (wg B. Schulz, Proza, Kraków 1973r, s. 56.) w programie do „Wizyty”, Teatr Snów, Gdańsk 1993 r., arch. Teatru Snów.

Recenzje

Gazeta Robotnicza Nr 167 (13.665)

Dziennik Południowozachodniej Polski

Jelenia Góra, Legnica, Wałbrzych, Wrocław

5 Sierpień 93

Senne marzenia i koszmary

XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze

Tadeusz Burzyński

Często teatr uliczny bywa wydarzeniem podobnym do wy­padku drogowego. Coś się stało, bo oto tłum przypadkowych przechodniów otacza jakieś miejsce, w którym jeszcze przed chwili trwało normalne, potoczne życie. Zakłóciły je jakieś zjawy, np. monstrualne ptaki na wysokich szczudłach. albo klaun, albo tacy sami z po­zoru przechodnie jak my, lecz podejmujący zaskakujące działania.

Coraz częściej jednak – przynajmniej na festiwalu – teatr uli­czny przybiera postać dużych plenerowych widowisk o przemy­ślanej, skomplikowanej konstru­kcji, wymagających dużych przestrzeni, wspieranych nieraz skomplikowaną techniką (oświet­lenie, nagłośnienie, efekty specjalne). Chciałbym dziś opowie­dzieć o trzech takich wydarzeniach.

Gdański Teatr Snów: wierny swojej nazwie i stylowi, wykreował poetycki sen o wysokim locie, a właściwie o marzeniach na ten temat, nieobcy - przynajmniej w pewnej fazie życia lub w niektórych sytuacjach - żadnemu człowiekowi. Może próby oderwania się od ziemskiego „parteru” i przekraczanie prozy życia są don­kiszoterią (to postać Don Kichota pobudza bohaterów do próby lo­tu); może wysiłkiem niepraktycz­nym i daremnym, ale czy bez nich życie miałoby sens? Przedstawienie Teatru Snów odznaczało się wyrafinowaną prostotą i klarownością. Uniknięto pokusy efekciarstwa. Wyróżniło się spośród innych widowisk niczym precyzyjnie wycieniowana czarno-biała fotografia na tle wystawy pełnej kolorowych fotosów.

Na przeciwnym biegunie można usytuować „Wieżę Babel”, przy­gotowaną przez Jerzego Zonia z zespołem krakowskiego Teatru KTO. Przedsięwzięcie to, o rzadko spotykanym rozmachu, zostało nasycone barwami, pirotechniką, wielkimi kukłami, fantazyjnymi figurami, machinami i pojazdami, ruchomymi dekoracjami.

Jest tu karnawałowa, kolorowa baśń o świecie idealnym, którego wszyscy pragniemy, ale nie może­my zbudować, tak jak nie powiodło się z wieżą Babel. W tym baśniowym świecie bogowie i ludzie żyją w idealnej zgodzie. Jest to sielankowy raj, który okazuje się jednak nietrwały. Potężny De­mon Niezgody wkracza pomiędzy ludzi i doprowadza do totalnej katastrofy.

Wszystko to przebiega bardzo efektownie, choć nie wywołuje grozy. Rzecz cała jest tak zdomi­nowana formą, której nie sposób nie podziwiać, że emocje i ważkie przesłania jakoś umykaj. Oszołomiony gigantycznymi ruchomymi obrazami i pirotechniką, odczuwałem tęsknoty do takiego teatru jaki Zoń, proponował w „Apokryfie”. Ale raz, w tyciu coś takiego trzeba zobaczyć. Taka sposobność nadarzy się dziś wi­eczorem wrocławianom w Rynku. Nie przegapcie jej.

Duże wrażenie pozostawił występ Studia Dierewo z St. Peters­burga. „Seans spełniania życzeń” to spektakl, który objechał Euro­pę i Stany Zjednoczone. Znako­mici, wszechstronnie wyszkoleni wykonawcy prezentują czyśćcowe przygody dusz trzech żołnierzy poległych może w Afganistanie, może na innym współczesnym polu walki. Odwołują się do róż­nych poetyk, stylów, gatunków i tradycji teatralnych. Są tutaj ele­menty naturalizmu i teatru okru­cieństwa, a tuż obok clownada. Są nawiązania do tradycji rosyj­skich skomorochów i włoskiej commedii dell'arte. Pojawia się japoński taniec butoh i... efekty pirotechniczne. Ale bynajmniej nie jest to pomieszanie a popląta­niem. W tym starannie przemy­ślanym i zakomponowanym przedstawieniu czuje się prze­mienne pulsowanie koszmarów i marzeń wyrastających z realnych doświadczeń naszego świata.

Bardzo to było sugestywne, po­etyckie, poruszające, a chwilami porażające przedstawienie. Dla mnie chyba najważniejsze, naj­pełniejsze i artystycznie najdoj­rzalsze wydarzenie na półmetku festiwalu.

Tadeusz Burzyński


Słowo Polskie Nr 182/ 5.08.1993

Ugośćcie Don Kichota!

XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych

Ewa Han

Gdański Teatr Snów można uznać już za weterana jeleniogór­skich festiwali. Jego członkowie przyjeżdżają tu od wielu lat i za każdym razem przywożą widowi­sko, które na długo pozostaje w pamięci. W tym roku zaprezen­towali spektakl „Wizyta”.

Jest to opowieść mówiąca o samotnym Don Kichocie, który powraca, by po raz kolejny „bro­nić straconej sprawy poezji w świecie prozy”. Jego ogromna postać na szczudłach pojawia się nagle wśród szarych ludzi za­przątniętych czynnościami codziennego życia. Przez większość z nich jest odrzucony. Jedyne Dulcynea zostaje owładnięta au­rą poezji przyniesioną przez ro­mantycznego rycerza. W ostatniej scenie widowiska udaje się jej - w przenośni i dosłownie - ­wspiąć na wyżyny, wśród któ­rych porusza się Don Kichot. Ona, stojąc na piramidzie zbu­dowanej ze stołów, spożywa wspólny posiłek z górującym nad tłumem przybyszem na szczu­dłach.

Najnowszy spektakl Teatru Snów obfituje w wiele przepię­knych scen. Czarne postacie z o­gromnymi, powiewającymi biały­mi skrzydłami unoszą widzów w świat poezji. W jednej ze scen ich skrzydła uformowane zostają na kształt statku - łodzi, kołyszącej się na falach.

„Wizja” zachwyciła liczną widownię zgromadzoną na jelenio­górskim pl. Ratuszowym. Ci na­tomiast, którzy oglądali Teatr Snów nie po raz pierwszy, mo­gli przekonać się po raz kolej­ny, że dąży on konsekwentnie swą własną, niepowtarzalną drogą, tak jak czynili to niegdyś Tadeusz Kantor czy Jerzy Gro­towski.


Ruch Teatralny – lato 1997

Wizyta Teatru Snów

 Na gdańskim Długim Targu, 18 maja obejrzała Aleksandra Gierjatowicz: „Ostatnimi czasy Teatr Snów można było oglądać wszędzie, tylko nie w Gdańsku. No, może troczę przesadzam, ale prawda jest taka, że grywali tu coraz rzadziej i rzadziej, aż w końcu (co nie daj Boże) przestaliby w ogóle cieszyć gdańszczan swoimi spektaklami, gdyby nie tysiąclecie miasta (...) Całe szczęście, że wśród milenijnych obchodów znalazło się miejsce na tę odrobinę poezji i prostoty, którą aktorzy [Teatru Snów] chcą i mogą nam ofiarować (...) Muszę powiedzieć, że dawno w żadnym teatrze tak się nie wzruszyłam i nie zapatrzyłam jak tutaj [na ulicy], wśród wiekowych, dobrze znanych kamieniczek, pod sufitem z obłoków. Co tak zachwyca? Ciepło tego spektaklu, jego, powiedziałabym, otwarcie, które sięga nieba, spełnia się w powietrzu. Zachwyca dotykanie wiatru, które niesie w sobie pragnienie lotu. Wizyta jest prostą i piękną opowieścią o kobiecie i mężczyźnie, ale jest też opowieścią o przygotowaniu, oczekiwaniu, niepokoju, tęsknocie. Cały świat przedmiotów ogranicza się tu do wielkiego stołu nakrytego białym obrusem, dwóch świeczników-kandelabrów i fajansowego talerza. Jest to, co blisko ziemi, niziutkie i płaskie jak blat stołu i to, co wysokie, jak postaci na szczudłach, jak ogromne, powiewające na wietrze skrzydła z bambusowych drążków i wielkiej materii. On jest wysoko, chodzi w słomkowym kapeluszu. Ona biega tuż przy ziemi, wokół stołu, na stole. Zadziera głowę, spogląda wzwyż. Chce się wznieść. Towarzyszą jej trzy inne postaci. W końcu udaje się jej przełamać horyzontalną linię ogromnego mebla, buduje stół ku górze, ustawiając na sobie kolejne jego elementy. Kiedy przychodzi mężczyzna, kobieta zaprasza go do takiego stołu. On kolejno ujmuje w dłonie przedmioty, które ona mu podaje: talerz i świecznik, w końcu jeden z najwyżej ustawionych stolików. I unosi go, a wtedy ona idzie za nim. Odchodzą. My zostaniemy. Oglądaliśmy to wszystko zgromadzeni w kręgu, który teraz z wolna się rozsypuje. Prosta historia, a pewnie każdy coś innego w niej zobaczył. Piękna historia, nie trzeba uparcie szukać ani rozszyfrowywać. Można się po prostu zapatrzyć, zapomnieć. Tak właśnie jest w Teatrze Snów” (Głos Wybrzeża nr 116).


„Didaskalia” Gazeta Teatralna Nr 3, październik 1994 Sny Don Kichota

Renata Derejczyk

Na festiwalu teatrów ulicznych „Malta '94” wystąpił Teatr Snów z Gdańska z przedstawieniem zatytułowanym „Wizyta”. Stara architektura poznańskich kamienic doskonale współgrała z poetyką teatru inspirowaną twórczością Brunona Schulza. Nie przypadkiem jedno z wcześniejszych przedstawień miało tytuł "Republika marzeń”

Miejscem akcji jest ulica, która wyobraża pokój. Pokój pod gołyrn niebem nie ma ścian, które wyznaczyłyby jego granice. Schulz: „sa­lon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem wielkiej loggi, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim. Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku”. Pokój wędruje z aktorami na ulicę, znajdują mu miejsce na środku rynku. Podobnie jak większość teatrów na festiwalu w Poznaniu, z zamkniętego budynku wychodzą do ludzi, kierują się w stronę serca miasta. Rekwizyty używane przez aktorów z "Teatru Snów": obrus, stół, świecznik. Owe martwe przedmioty nieodłącznie związane z domem, na ulicy nabierają cech niezwykłych. Niecodzienność sytuacji, w jakiej się znalazły, pozwala nam zauważyć ich istnienie (bagatelizowane) na codzień. W przed­stawieniu nie zostaje wypowiedziane ani jedno słowo, w ten sposób aktorzy i przedmioty zostają zrównani w swych prawach. Ich „mową” jest sposób, w jaki istnieją w przestrzeni. Ciągły ruch obiektów i ich opiekunów wyraża stan permanentnego niepokoju. Próbują wspólnie różnych możliwości, poszukują dla siebie najodpowiedniejszej roli. Obrus, raz może stać się śmiertelnym całunem, innym razem prześcieradłem w małżeńskim łożu. Pewne gesty, całe sytuacje powtarzane są wielokrotnie, tak aby widz mógł wyodrębnić pewien układ rzeczy z chaosu panującego w przestrzeni gry. Aktorzy – „strażnicy rzeczy” poruszają się po liniach kolistych, mają wspólny rytm chodzenia, który podobny do wirowania, krążenia wokół centrum wyobrażonego na płycie rynku. Aktorzy często wkraczają do pokoju na szczudłach, ich sylwetki poddają się wtedy miękkiemu i ostrożnemu stąpaniu. Wszystkie te elementy powodują, że świat kreowany przez Teatr Snów, staje się odrealniony, senny, stąd nazwa zespołu wydaje się bardzo trafna.

Temat „Wizyty” osnuty jest wokół wątku Dulcynei i Sancho Pansy, których odwiedza Don Kichote. Błędny Rycerz w stosunku do pary bohaterów jest jak Ojciec ze „Sklepów cynamonowych” w stosunku do Józefa. Obaj są mędrcami, którzy wtajemniczają bliskich w nowy świat. Zapowiedzią wizyty jest pospieszne ustawianie przez domowników stosu, krzeseł i innych przedmiotów codziennego użytku. Rzeczy te. tylko chwilę stoją samotnie. Szczególni mieszkańcy domu podobni do manekinów z gipsowo-­białymi maskami na twarzach, wnoszą następne stoły, świeczniki, misy pomnażając w ten sposób wszystkie obiekty. Sprawiają, że pokój zaczyna się rozrastać, gęstnieć. Ciągły kontakt aktorów z przedmiotami w ruchu wywołuje złudzenie nieustającego falowania, migotania rzeczywistości teatralnej. Ciekawe kim sa ci „inni”? Czy towarzyszą martwym przedmiotom jako duchy opiekuńcze? Czy może są to duchy zmarłych zamieszkujące domy bez naszej wiedzy? Ci „inni” wydają się istnieć gdzieś pomiędzy wymiarami rzeczywistości, „na rubieżach świata”. Pojawienie się duchów wyraźnie dziwi Dulcymeę i Sandro Pansę, z czasem przyzwyczajają się do nowego stanu - ciągłego chaosu. Po kilku minutach trudno byłoby rozróżnić domowników między duchami­-manekinami, gdyby nie czarne stroje i białe twarze tych ostatnich. Wizyta nie kończy się na spotkaniu z duchami przedmiotów, do pokoju razem z Don Kichotem wkracza jeszcze inna sfera świata, bardzo bliska już niebu, gdyż Błędny Rycerz na szczudłach przyprowadza ze sobą gromadę podobnych do siebie postaci. Wszyscy z olbrzymimi skrzydłami, wyobrażają odwieczne marzenie człowieka - latanie. Domownicy, z każdą chwila bardziej niecierpliwi, próbują dosięgnąć przybyszy. Budują piramidę ze stołów, dopóki nie uda im się najpierw pomóc ludziom-ptakom poruszać skrzydłami, wreszcie samemu „wzlecieć”. To co samo z siebie wydaje się małe i mizerne, przez spotkanie z Don Kichotem nabiera nowych barw, staje się niecodziennym przeżyciem. Każda przygoda musi mieć swój koniec, Dulcynea i Sancho Pancha zostają sami, dosłownie, pozbawieni nie tylko, tych którzy przyszli w odwiedziny, ale także przedmiotów, z którymi współegzystowali. Ostatni stół zabiera ze sobą Don Kichot. Wynosi go z przestrzeni gry i znika gdzieś wśród uliczek starego miasta. Środki jakimi posługują się aktorzy z Teatru Snów aby zbudować spektakl są bardzo proste, ale siła i świeżość z jaką wykonują przedstawienie, pozostawia w widzu jakąś tęsknotę, pragnienie zatrzymania świata, który przypadkiem udało się zobaczyć. Aktorzy nie stwarzają iluzji, wszystko co dzieje się w zwykłym teatrze za kulisami, tu zostaje ujawnione oczom widza. Po dwóch przeciwnych stronach ustawione są walizy, z których aktorzy podczas widowiska wyjmują rekwizyty lub je chowają. Tylko czarodziejski świat Don Kichota przybywa z różnych stron rynku. Wywołuje złudzenie, że jest wszędzie.


Gazeta Wyborcza (Dolnośląska) Nr 183/ 7-8.08.1993

Sny nocy letniej

XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych

Leszek Pułka

Mimo że na festiwalu aż dudni od zgiełku motorów, wodotrysków i eksplodujących rac, teatr poetycki dobrze się miewa. Spektakle Teatru Snów czy Teatru Ruchu Akt były jak liryczny wiersz. Jasny fundament symboli – biel, czerń, purpura, stoły, krzesła, sztandary i latawce – każdy może czytać oczami własnej wyobraźni bez obawy o blamaż, bo zagrane bez jednego słowa przedstawienia oddziałują przede wszystkim na wyobraźnię i szeroko otwarte oczy.

Gdański Teatr Snów pozostał wierny źródlanej poetyce szczu­deł, zwiewnych materii, twarzy pobielonych jak maski. Podob­nie było w czwartek, na wieczor­nym spektaklu warszawskiego Aktu, który pokazał intere­sującą historię o zniewoleniu człowieka przez maski kultury, religii, obrzędu. Cieszy to, że ol­brzymia rzesza widzów towarzy­szyła nie tylko technologicznym festynom Titanica i Generik Ya­peur.

Sny są na festiwalu najbar­dziej czyste - to powszechna opi­nia. Na początku spektaklu jest tylko przestrzeń Rynku rozdzie­lona długim stołem, okrytym białym obrusem, Ona - w beżu i rudości oraz On - w bieli i czer­ni. Jak straszni mieszczanie w śmiesznym amerykańskim fil­mie usiłują odnaleźć się oddale­ni rozmiarem stołu i zasłoną świeczników.

Ze sztucznej, sztywnej prze­strzeni wyzwala ich taniec. W pi­ruetach próbują oswoić prze­strzeń przy stole, zgaszonymi świecami zakreślają koła światła, które trzeba zapalić w sobie.

Pastisz życia rodzinnego zamożnych mieszczan dramatyzują kolejne figury taneczne. Aby rozległość stołu przestała dzielić, aktorzy roztańczyli na­wet krzesła, jedynych partnerów w pustce salonu do czasu, gdy nadeszli przystrojeni na czarno goście. Wnieśli do tej przestrzeni może poczucie gro­zy, a może tęsknotę ku rzeczom niespełnionym. Ich oczy uniesione ku górze ni to w trwodze, ni to w rozmarzeniu, chaotycz­ne, rozbiegane kroki, którymi otaczają domowników, to syg­nały agresywnego świata zewnętrznego.

W tej rozbieganej niestabil­nej przestrzeni pojawia się Don Kichot w słomkowym kapelu­szu. Jak poeta na przełomie wie­ków. Niemodny, w żakiecie i pa­namie. Niosący na tyce jasną, podartą flagę. Tak jakby piękno nie było dość trwale, by obdzie­lić nim wszystkich. Goście unoszą biały obrus ku górze, by go spętać w całun zatrwożyć.

Dulcynea z Rynku jest po tro­sze Dulcynea z powieści Cervan­tesa, poezja ją urzeka, ale i ba­wi. Obrus, z którym Don Kichot wiruje jak skrzydło wiatraka, ona składa niczym płachtę do uprania. Gdy Don Kichot daje jej orientalny w kształcie para­sol, Dulcynea szuka w nim źródła cienia i rekwizytu, który w szalonym tańcu zapewnia równowagę.

To zabawne, że ten poetycki teatr nie do końca reaguje na świat. Pod urzekającym obłokiem latawców, które jak pastelowe marzenia krążyły nad placem, aktorzy nie poradzili sobie z parą młodych wędrowców, gdy ci weszli pomiędzy sze­leszczące tkaniny. Choć przyszli z zupełnie innej bajki, zastali brutalnie przegonieni z placu przez organizatorów festiwalu. Czym jest poezja, która nie oca­la narodów ni ludzi, pytał niegdyś Miłosz. Gdy na plac we­szli zwykli zjadacze chleba, te­atr uliczny niestety nie „przero­bił ich w aniołów”. A szkoda.

Leszek Pułka

Spektakle w Jeleniej Górze 3 i 5 sierpnia.

Tu link do Pana Gienka

OPCJE 3/94 Kajetan Piekarski

„Poznańska „Malta” i „Riverside” w Stockton

Teatr Snów uważany jest za konsekwent­nie poetycki teatr ulicy najwyższej rangi arty­stycznej. Niewiele do -ego dopowiem. O „Wizycie” Teatru Snów pisano już wielo­krotnie, również w „Opcjach”. Ja podczas „Malty” widziałem ją po raz drugi (pierwszy raz na katowickim „à parcie”). Wtedy, w Katowicach, spektakl „Snów” w zestawie­niu z ich poprzednimi realizacjami, „Podró­żami" i „Republiką marzeń”, wydał mi się nieszczególny: niedokończony, niespójny. W Poznaniu wypadł znakomicie: Muzyka grupy „Atman” zabrzmiała na żywo, nie ­jak w Katowicach - z „offu”, a atmosfera poznańskiego Rynku lepiej sprzyjała przed­stawieniu, niż monumentalna architektura Placu Sejmu Śląskiego. Spektakl zagrany zo­stał rytmicznie i dynamicznie, tym razem sta­nowiąc zwartą, konsekwentną całość. Mimo wszystko uważam jednak, że poetyckie skrzydła Teatru Snów najpiękniej trzepotały­by na lekkim wietrze w środku słonecznego dnia na zielonej łące. I pal licho kicz.



Pokusa

Recenzje

 IV Dni Sztuki Współczesnej

Perełki w ulewnym deszczu

Awangarda zawitała do Białegostoku w tym roku nie w takiej może obsadzie jakiei byśmy sobie życzyli, lecz i tutaj trafiły się perełki. Program IV Dni Sztuki Współczesnej, dość różnorodny, miał ambicje nie tyle prezentację pełnego obrazu naszego współczesnego teatru otwartego i alternatywnego ile pokazanie niektórych tendencji w sztuce współczesnej. Rozbudzić pragnienia bliższego obcowania ze współczesnością artystyczną - taki był jeden z głównych celów tych trzydniowych spotkań.

(..)

Cieka­wość przemogła nawet takie niedogodności jak deszcz, któ­ry solidnie polał widzów podczas piątkowych przedsta­wień gdańskiego Teatru Snów. Publiczność nieco przemarznięta, bywało - drżąc od chłodu towarzyszyła wszy­stkim występom plenero­wym wytrwale. Sporo heroiz­mu wykrzesali też z siebie aktorzy, którzy - upodobawszy sobie dziedziniec ratuszowy nie decydowali się na prze­niesienie się z grą do Famy.

Na szczęście kostiumy do „Pokusy” zamoczone i zabło­cone w piątek, zdążyły do sobotniego przedpołudnia wyschnąć i Teatr Snów mógł wystąpić po raz wtóry.

Dlaczego zespół gdański ­- najbardziej poszkodowany przez aurę - nie wystraszył się wiszących nad ratuszem ciężkich chmur?

- Plener jest o tyle fa­jny, że niesie więcej niewia­domych - mówi Zdzisław Górski. - W ,,Pokusie” np. jedną jest przemarsz akto­rów ulicami, zaczynający się - zawsze ilekroć to możli­we - od kościoła. Państwo młodzi wędrując wywołują najróżniejsze reakcje. (Panu Młodemu szczudła, na których bardzo sprawnie biega i wykonuje najróżniejsze ewolucje, dodają nienaturalnie wzrostu, tym szokuje. Jedni komentują to krótko: „O, wariaci!”. Inni składają nam życzenia na nową drogę życia. Najspontaniczniej reagują dzieci. Balansujemy jakby na granicy teatru i życia. Wiele niewiadomych niesie nam też sama przestrzeń. Nasze wymagania wobec organizatorów są niewielkie. Byle zapewnili nam drzwi i okna - najlepiej nad drzwia­mi. W Białymstoku bardzo ładnie zagrała nam architektura. Toteż mimo nie sprzyja­jącej aury przeniesienia się do Famy absolutnie nie bra­liśmy pod uwagę.

Teatr Snów obiecał swój u­dział w V DSzW. W czerwcu zaś Alicję Mojko i Zdzisława Górskiego - aktorów i dusze Teatru, wraz z młodziutkim zespołem obejrzeć będziemy mogli w przygotowywanym właśnie widowisku „W drodze do raju”. Jeśli okaże się również przejmujące i dobrze grane – warto obejrzeć.

Tymczasem zespół pojechał na Festiwal Teatrów Studen­ckich do Brna. - stąd zamiana godziny ostatniego spektaklu.­

(…)

Małgorzata Prużyńska

Gazeta Współczesna Nr 123 (11423) 27.05.1988 (piątek

 Anioł na rynku

Anioł nie zstąpił z niebios – lecz przyjechał z Gdańska. Aniołem była aktorka Teatru Snów, Bożena Augustyniak. Pojawiła się na krościeńskim rynku, by rozpocząć spektakl „Pokusa”, jedno z przedstawień, jakie mogli obejrzeć mieszkańcy podkarpackiego miasta dzięki odbywającemu się tam Ogólnopolskiemu Festiwalowi Teatrów Ulicznych.

ORGANIZATORZY. – Idea teatrów ulicznych przyszła, rzec można, z Zachodu: popularne są tam bardzo tzw. „one man show”, teatr jednego aktora; grane na ulicy dla przypadkowych widzów. I nikomu to ujmy nie przynosi, nie świadczy o niższym poziomie artystycznym wykonawcy. U nas ruch teatrów ulicznych jakby się dopiero rozkręcał; skoro ludzie nie chcą przyjść do teatru – teatr musi wyjść do nich.

Krosno kupiło pomysł organizacji festiwalu – i o ie zdołamy zdobyć sympatię i zainteresowanie publiczności – a o to może być trudno, wszak to zupełnie odmienna od klasycznej, dramatycznej, formuła teatru – można będzie pokusić się o powtórzenie imprezy, za kilka lat może w obsadzie międzynarodowej – Jerzy Zoń, komisarz artystyczny festiwalu. – O popularności instytucjonalnego teatru wśród krośnieńskiej publiczności mogliśmy się przekonać przy każdej wizycie artystów teatrów zawodowych - spróbujmy wiec zainteresować ludzi teatrami ulicznymi, nowatorskimi; czy nie okażą się zbyt awangardowe dla przeciętnego krośnianina - Jerzy Łosiak, dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury, współorganizatora festiwalu.

Anioł wprowadził na wyznaczoną kredową linią „scenę” („Może to zbyt wielkie słowa, ale traktujemy to jako miejsce sztuki, nieprzekraczalne sacrum teatru” – Alicja Mojko) kontrastującą z sobę Parę Młodą: On olbrzymi na swych szczudłach, Ona – mała z wyrazem szczęśliwej niepewności na przysłoniętej woalką twarzy. Anioł podał im dziecko – wtedy, jakby z innego wymiaru, z iście piekielnym dynamizmem wkroczyła Cyrkówka – rozpoczęła z Nim walkę – walkę nieustępliwą – choć kuszącą – nawet pociągającą Anioła - wreszcie uległa – On ruszył w pościg – próbował powstrzymać go Anioł – bezskutecznie jednak – wtedy Ona zrzuciła ślubny strój – stanęła w czarnej sukni – smutek opuszczenia – Cyrkówka, jak spod ziemi się zjawia – zabiera jej dziecko i ginie za zamkniętymi drzwiami...

AKTORZY. Alicja Mojko, Bożena Augustyniak, Monika Labenz, Katarzyna Szpakowska i Zdzisław Górski z Teatru Snów: - Nie jesteśmy wyłącznie teatrem ulicznym, występujemy także na scenie – stąd możemy porównywać, oceniać przewagi jednej formuły scenicznej nad drugą. Teatr uliczny daje aktorowi to, co dla jego kolegi z teatru klasycznego jest nieosiągalne: bezpośredni kontakt z widzem, nie oddzielonym barierą mroku, nie kryjącym się za reflektorami – z widzem, który przez niego nie namawiany, z własnej woli zatrzymał się, by obejrzeć spektakl. Jest to doskonała szkoła aktorska, leczy z tremy dzięki bliskości odbiorcy, stawia w sytuacjach, kiedy żaden reżyser nie pomoże, żadna opuszczona kurtyna – trzeba samemu decydować o kolejnych posunięciach. Nie grozi popadnięcie w rutynę, sztampę, gdyż każdy spektakl jest inny, w zależności od reakcji widowni koryguje się go, wprowadza nowe elementy...

Udział w takich, jak to spotkaniach dostarcza nam nowych doświadczeń, wrażeń: żwierza publiczność, po raz pierwszy spotykająca się z teatrami ulicznymi daje gwarancję autentyczności reakcji, nawiązujemy nowe kontakty (prowadzący Galerię – „Na strychu” w Brzozowie „sprzedał nam własną metodę malowania drewnianych masek: nie zdradził pomysłu profesjonałowi, a nam dał gratis); największa nasza radość - to zyskiwanie nowych przyjaciół. „Czemu tak mało było, my cały rok na was czekamy” – usłyszeliśmy w Lwówku Śląskim – i to są te dobre chwile, które rekompensują wszystkie trudności...

 

Spektakl - to pomysł, do którego wszyscy dodaliśmy coś od siebie, nasza inwencjawpływa na efekt ostateczny. Głównym zadaniem jest stworzenie zespołu, a nie tylko produktu finalnego. Zdzisław grał ostatnio z gorączką, lekarz nie mógł zrozumieć, że nie chce L-4 – on przecież nie mógł rozbić zespołu... Dajemy widzom to, co najlepiej potrafimy – w zamian oczekujemy współpracy, współdziałania w tworzeniu przedstawienia.

 

Publiczność. Chociaż organizatorzy obawiali się jej reakcji – to znając zachowanie widowni krakowskiej podczas ulicz­nych przedstawień stwierdzić mogę, że wcale nie było źle. Zdarzały się różne nie­porozumienia, wskutek na przykład zaska­kujących posunięć niektórych pijanych wi­dzów (Cyrkówka miała po spektaklu prze­prawę z dwoma, innym razem pijany pocałował Anioła, a rozeźlił go Pan Młody) - ­ale to wszystko mieści się przecież w poetyce teatrów ulicznych.

Pierwszymi widzami są zazwyczaj dzieci – i podczas OFTU nie było wcale inaczej – dopiero po „skuszeniu” najmłodszych starsi zaczynali żywiej reagować na aktorskie wysiłki. Były oczywiście i pochopne, odzywki w rodzaju odpowiedzi na deklarację artystów „Pstrąga” z Łodzi: „Powiemy wam, co o was myślimy, a wy, co myślicie o nas”. Odpowiadano: „Żeście idioci!”; były hasła typu „Jarosław”, „zboczeńcy” – ale było też sporo oklasków, śmiechu w odpowiednich momentach – i ciszy – która dla Teatru Snów jest sukcesem największym. „Pokusie” towarzyszyły zrazu szmerki rozmów, dogadywania, komentarze – rychło jednak ostatni oponenci uciszyli się, finał nastąpił pośród milczenia widzów. Dopiero po długiej pauzie rozbrzmiały brawa

- W Dukli, kiedy w jednej scenie klaskałem na ptaki, chcąc je „złapać” do klatki, usłyszałem głos: „Co za łobuz, ptaki łowi”, w Brzozowie zaś doradzono mi, jak ptaka schwytać – śmieje się Zdzisław Górski.

  - Chociaż nie zawsze spotyka nas życzliwość, to jednak ani w Dukli, ani w Brzozowie, ani w Krośnie nie odmówiono nam wstępu do mieszkania – do spektaklu potrzebne jest okno i drzwi – odpowiada Monika Labenz. – W Dukli pani, pani u której gościłam, chciała mi dać buty (gram boso), zamknęła nawet psa, by mi nie przeszkadzał.

  - W czasie przedstawienia mała dziewczynka cały czas zagadywała, kręciła się, taki mały natręt... Po spektaklu zaniemówiła. Zapytałam o wrażenia, czy się podobało – wspomina Alicja Mojko.– „Nie, ta pani była zła, bo wszystko zabrała” – odpowiedziała. I ta lakoniczność po poprzedniej gadatliwości, lakoniczność świadcząca o zrozumieniu sztuki była dla mnie wielką nagrodą.

  Teatr uliczny, opierający się na muzyce, pantomimie, akrobacji, stosujący elementy widowisk kuglarskich i wszelkiej innej proweniencji, nie może epatować widza słowem; on prowokuje, zmuszając niejako do zajęcia konkretnego stanowiska: od totalnej negacji po afirmujące jakby własne uczestnictwo w przedstawieniu, współtworzenie go. Tu nie ma miejsca na zdawkowe, grzecznościowe oklaski; zastępuje je spontaniczność i szczerość i reakcji. A że wywołuje i nieprzychylne komentarze? Nowe musi rodzić się w bólach – a dla mieszkańców Krosna, Biecza, Iwonicza, Dukli i Brzozowa z całą pewnością była to nowość. I nie powinno dziwić takie, a nie inne zachowanie widzów; w końcu, powtórzę, wcale nie inaczej odbierali pierwsze spektakle Teatru KTO krakowianie – a w ich mieście, mimo wszystko, więcej było szokujących nowatorstwem wydarzeń kulturalnych, niż w podkarpackich okolicach...

Anioł jak Herbertowski: tyle, że nie włożył pod pachę, a rzucił na ziemię swe skrzydła – włożył prochowiec – i w tym szarym uniformie wkroczył w tłum – zszedł z placu, po którym triumfująco tańczyła Cyrkówka – zbierająca skrzętnie wszystkie po szczęściu i swej z nim walce pozostałości...

Waldemar Bałda Widnokrąg Nr 27 (887) 14 lipca 1987 r. Rzeszów


Podróże

(Nasze codzienne. Przed siebie. W górę. Przede wszystkim w głąb siebie.)

Jest to historia kloszarda, którego spotykamy w szczególnym momencie jego życia – rozstania ze wspomnieniami i wszystkim co materialne.

„Jest możliwy tylko jeden rodzaj podroży: podróż, którą podejmujemy w naszym wnętrzu. Miotając się po powierzchni nie nauczymy się wiele. Podróż przez wszystkie kraje świata będzie podróżą symboliczną. Dokądkolwiek się wybierzemy zawsze w gruncie rzeczy będziemy szukali własnej duszy.” (A. Tarkowski „Kompleks Tołstoja”)

Muzyka: Meredith Monk „Book of Days”, Vangelis „Mask” oraz Johann i Josef Strauss „Die Straussbuben”

Scenariusz i reżyseria: Zdzisław Górski

Oprawa plastyczna: Alicja Mojko, Zdzisław Górski

 

 

Podróże

Premiera 1991

Spektakl o podróżowaniu przez życie, w przeszłości i przyszłość, a także w głąb siebie, oraz o marzeniach o wędrowaniu o wędrowaniu, żeglowaniu i lotach. Kloszard, Odmieniec kończąc swoją wędrówkę wspomina dzieciństwo i dostępuje łaski; odpływa do nieba.

Muzyka: collage z Meredith Monk w roli głównej.

Czas trwania: 30 min



Sanatorium

„... Obrazowanie Schulza niewątpliwie odwołuje się do mechaniki marzeń sennych, rzeczywistość jawy miesza się z halucynacją i fantastyką.”

„... Jednocześnie nie jest Schulz malarzem rzeczywistych snów i wizji tzn. metoda przez niego obrana wyklucza rozróżnienie jawy i marzenia; wszystko dzieje się w „rzeczywistości przedstawionej”...”

„... To co oglądamy w opowiadaniach drohobyckiego pisarza, jest więc produktem zderzenia twórczej wyobraźni ze światem.

„... Dom – ostoja porządku objawia się zagrożony nieładem i bardziej labirynt przypomina niż przejrzystą konstrukcję.”

„... Dom jako symbol bezpieczeństwa i porządku staje się także swego rodzaju narzędziem ekspansji; wchłania w siebie obrazy świata i oswaja je, oswaja także śmierć.”

„... bohater nadaje subiektywne znaczenie faktom, opowiada bowiem nie o zdarzeniach samych w sobie, ale o własnej inicjacji. Inicjacja to wieloaspektowa i nader różnorodna: werotyczne namiętności i symbolikę, w demiurgiczne eksperymenty Ojca, w tajemnicę życia i rozrodu – ale też rozpadu i śmierci, w ezoteryczne dziedziny metafizyki, a także w życie społeczne czy rodzinne, w tajniki działalności kupieckiej, w artystyczną twórczość, politykę etc., etc.”

Jerzy Jarzębski „Wstęp do pism B. Schulza”

Ossolineum

Teatr Snów

Gdańsk

„Sanatorium”

spektakl inspirowany prozą B. Schulza

Aktorzy, pensjonariusze Teatru-Sanatorium poszukują bohatera. Kandydat pojawia się. Uwikłany w grę w rodzinę, próbuje wykorzystać tę sytuację do refleksji nad swoim życiem. Odnajduje tu zmarłego w domu Ojca, rozpoznaje Matkę i poznaje przyszłą żonę Biankę.

Wspomnienie rodzinnego domu materializuje się Zagęszczona przestrzeń pokoju w sanatorium powoduje zagubienie bohatera nazywanego tu Tadziem.

Chętnie opuściłby to miejsce, wyrwał się z Teatru. O tym samym marzą w duszy pozostali jego pensjonariusze.

Powrót Tadzia do domu, na widownię, w miejsce bezpieczne, okazuje się niemożliwe. Uwikłany w wirujący pokój błądzi z Ojcem-przewodnikiem po mnożących się korytarzach i pomieszczeniach. Pokonuje teatralny labirynt, doznając tam swojej śmierci i ponownych narodzin. Ojciec wprowadza go w świat poezji, wyobraźni, marzeń o podróżach, w świat odwiecznych tęsknot i mitów, polskich mitów.

Po tych doświadczeniach Ojciec może przejść do kolejnego etapu inicjacji. Przedstawia synowi romantyczne wizje przyszłości Polski – Mesjasza narodów. Wykazuje przy tym, że proroctwa te spełniły się niedawno lub też spełniają się obecnie.

Jakie znaczenie mają te wydarzenia dla dalszej drogi życiowej Tadzia? W jakim stopniu tradycja, wychowanie, bagaż mitów mogą pomóc w odnalezieniu swego miejsca w zmieniającej się współczesnej Polsce.

Jest zauroczony wykreowanym światem, podejmuje grę w polski teatr romantyczny, wobec którego może się dystansował, ale „wpada” i odgrywa rolę romantycznego bohatera do końca.

Czy pozostać w Teatrze-Sanatorium – świecie iluzji? Czekając na wspólną podróż do nieba?

A może historię tę należy opowiedzieć zupełnie inaczej?


„Sanatorium”

Tadzio – widz wkracza w przestrzeń teatralną i poddaje się grze. Nie opuści już sanatorium. Tu odnajdzie ojca i matkę, pozna przyszłą żonę. Ma okazję zadać ojcu pytanie najważniejsze: JAK ŻYC?

Sanatorium – miejsce dochodzenia do sił, dochodzenia do siebie. Czas w sanatorium jest nieciągły. Potrafią tutaj czas cofać, rozciągać, zagęszczać, wybiegać w jego przyszłe rozsądzenia.

Fantastyczne poczynania ojca rozbijają uciążliwą nudę szarej i beznadziejnej „zimowej” egzystencji.

Wszyscy pensjonariusze sanatorium oczekują wiosny, odmiany w życiu. Ale nie śmią o niej marzyć. Bo jeśli ich marzenia zostaną dostrzeżone...

Jest to przedstawienie o potrzebie marzeń. W marzeniu zawarty jest głód rzeczywistości, jakaś pretensja, która zobowiązuje rzeczywistość, staje się postulatem, kwitem dłużnym, który domaga się pokrycia.” „Marzenie nie jest antytezą, lecz dalszym ciągiem rzeczywistości, jej formą doskonalszą, która przyświeca większości nowych zamierzeń.”

Wiosna jest okresem realizacji czasu sakralnego. U Schulza reprezentuje ona najwyższe wartości kultury, a więc wcielenie piękna, poezji i niezwykłości, jest czasem, w którym realizuje się mit.

Wiosenny czas niesie ze sobą odrodzenie odwiecznych idei oraz mitów narodowych, od których trudno się uwolnić gdy myślimy o przyszłości.

A może sanatorium jest czyśćcem, w którym Tadzio dopędził ojca? Miejscem między piekłem a niebem? Czyściec stanowi przecież swoisty paradoks, jest to królestwo pokuty i cierpienia, a jednocześnie nadziei i radości.

Spektakl powstał z inspiracji prozą Bruno Schulza. Wykorzystano w nim także teksty Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta i innych autorów polskich.


Recenzje


Gazeta Gdańska 9.12.1991Człowiek przy oknie

Po Jesiennych Spotkaniach Teatralnych w „Żaku”

Anna Kruszewska

 

Nie tak dawno, w gdań­skim „Żaku” gościł Te­atr Ósmego Dnia. Poka­zał dwa spektakle: „Piołun” i „Ziemię niczyją”. W mrocz­nej, estetyzującej poetyce je­szcze raz odkrywał nasze, na­rodowocierpiętnicze postawy. W­adził się z rzeczywistością totalitaryzmu, na którą zdawało się, że byliśmy skazani, a jakakolwiek próba ucieczki („Ziemia Niczyja”) wiodła jak by donikąd, czyli z powrotem. W tym rozpamiętywaniu i rozrachunkach, Teatr Ósme­go Dnia nie trafił, do widza z tą mocą oddziaływania, co dawniej.

I oto kilka dni temu, podczas Jesiennych Spotkań Teatralnych, w tej samej sali „Żaka” pokazane zostały dwa frapujące przedstawienia. Klimatem, poetyką podobne „Ósemką”, a jednak zupełnie od tamtych spektakli inne.

Teatr Snów z Gdańska i Grupa Chwilowa z Lublina-Moskwy (gościnnie – aktorzy z Taganki) należą, podobnie jak Teatr Ósmego Dnia, do nurtu teatralnego off. Realizują swój teatr w podobnym klimacie znaczących obrazów, w poetyce symboli i znaków.

Najpierw niezwykle piękne, urzekające urodą obrazu widowisko Teatru Snów „Sanatorium”, inspirowane prozą Brunona Schulza. Tu świat zamknięty zostaje pomiędzy stołem, łóżkiem, wieszakiem. Tu ludzie, mówiąc o sprawach prostych i codziennych, dotykają losu i swoich przeznaczeń. Tu wadzi się starość (ojciec) z młodością (syn). Tu wreszcie odbywa się wtajemniczenie młodości w wiek dojrzały, czyli w nieznaną przyszłość. „Sanatorium” to przedstawienie pulsujące „czwartym wymiarem”, tym co najbardziej nieuchwytne, a jednocześnie najbardziej teatralne. Mówione, w warstwie ruchowej (półpłynnej, zawieszonej, zwolnionej) graniczy z tańcem, pantomimą snu. Jest to może sen naszej rzeczywistości, my sami rozrysowani w bieli i czerni, w smugach światła i niepokojącej muzyce. I tylko przez moment, gdy działającym postaciom przyjdzie otrzeć się o politykę, o konkretne słowa czerpane z ducha władzy i przemocy, scenę pokryje ogromna, czerwona materia.

[...]

Te dwa przedstawienia, z Gdańska i Lublina-Moskwy, mimo że różne, są podobne. Łączy je zapatrzenie się na człowieka. Kończąc „Sanatorium”, aktorzy wdrapują się na łóżko i w scenie szalonego lotu (choć zatrzymanego w kadrze) szybują gdzieś przed siebie, ku przeznaczeniu bądź wyzwoleniu. Dwójka Rosjan po prostu odchodzi, by zatrzymać się znów niedaleko i nucić dalej swoja tęskną piosenkę.

Tym razem „Ósemkom” być „tu i teraz” się nie udało. „Snom” i Grupie Chwilowej - tak. Teatr wadzący się z polityką, z systemem przeminął (na razie?), a na scenę wszedł znowu tylko człowiek. Ten, który poszuku­jąc wyjścia z totalitarnej przeszłości, musi poddać samego siebie oczyszczeniu.

I jeszcze jedno, na zakoń­czenie. Okno bywa symbolem komunikowania się ze światem. To czy pozostaje zamknięte, czy otwarte, czy przyjmuje inne obce sobie funk­cje, przynajmniej w teatrze nie jest bez znaczenia. W przedstawieniu Teatru Ósme­go Dnia „Ziemia niczyja” ak­torzy przyglądali się widzom zza szczelnie zamkniętych okienek. Ten sam rekwizyt w „Sanatorium” z rozwartą o­kiennicą posłużył jako skrzy­dła; w scenie lotu. Dla Ro­sjan, okno wyznaczało granicę domu i było uświęconym ołtarzem. To okno powtórzone trzy razy, jest przypadkowe, choć może układać się w ciąg znaczeń.


Wojewódzki Informator Kulturalny. Bydgoszcz Styczeń-Luty’ 92

„Off-Prezentacje Teatralne”

Jerzy Welter

(...)

Mogliśmy zobaczyć w listopadzie ubiegłego roku Teatr Snów z Gdańska, Teatr Ósmego Dnia z Poznania, Scenę 6 i Grupę Chwilową z Lublina (trzy ostatnie zdobyły nagrody na najbardziej prestiżowym Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Edynburgu).

(...)

Interesujące natomiast były propozycje Teatru Snów. To całkowicie odmienna poetyka. Oparte na motywach prozy Schulza „Sanatorium”, prowadzone jednym tonem, ale tonem najszlachetniejszej poezji, nie pozbawione - moim zdaniem - niedoskonałości konstrukcji, zwraca się ku temu, co stricte teatralne. Ważniejsze od możliwej do zwerbalizo­wania treści są tu aktor i zespół traktowani jak instrumenty muzyczne. Przedstawienie Teatru Snów oddala się od opo­wiadania fabuły, a staje się koncertem, czynieniem, wraże­niem. Widzę w tym, w przeciwieństwie do przedstawień dwóch poprzednich teatrów [Teatr Ósmego Dnia, Scena 6], zwrot ku przyszłości, ku temu, czym teatr będzie się stawał.

Podobne było drugie przedstawienie Teatru Snów ­Republika marzeń”, pokazane o zmierzchu na bydgoskim Starym Rynku. Powtórzono tu wiele motywów z „Sana­torium", powtórzono nastrój i ton. Prosta fabuła tego spektaklu wpada w ogólniki, ale nie jest to tutaj zarzutem. Przedstawienie oglądane ze sporym zainteresowaniem przez przypadkowych przechodniów miało w sobie wiele zalet happeningu, a że był to dobrze przygotowany występ, nie miał wad, jakie związane są z happeningu przypadkowością i chaotycznością. Spektakl ten nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, gdy oglądałem go po raz pierwszy dwa i pół roku temu na festiwalu jeleniogórskim. Jednak do dziś pa­miętam w najdrobniejszych szczegółach jego fragmenty i właśnie w tym zapadaniu w pamięć upatruję jednej z naj­istotniejszych wartości Teatru Snów.

(...)

Gazeta Wyborcza Morska nr 134. 23.11.1991 Ciągła terapia

Teatr Snów w Żaku

rys

Szukanie odpowiedzi na pytanie o sens życia oso­by ludzkiej, rozdarcie między mitem przeszłości a marzeniami o przyszłości, nieustanna niepew­ność, chwiejne stąpanie po ścieżce wiodącej do Absolutu. Chorzy, zagubieni, błądzący potrzebuje­my ciągłej terapii. To główne wątki zaprezentowa­nego wczoraj przez gdański Teatr Snów spektaklu pt. "Sanatorium" wg Bruno Schulza na podstawce scenariusza i reżyserii Zdzisława Górskiego.

Przedstawienie odbyło się w gdańskim „Żaku” w ra­mach zorganizowanych przez Klub Studentów „Jesien­nych Spotkań Teatralnych”. Mimo że najtrudniej proro­kuje się w rodzinnym mie­ście, aktorzy Teatru Snów podjęli to niełatwe wyzwanie i - jak bezpośrednio po spe­ktaklu powiedział Bogdan Posmyk - udało się.

Sala teatralna wypełniona w całości, a nawet w nadmiarze. gdyż niektórym miłośnikom Melpomeny pozostały jedynie miejsca stojące. Publiczność po zakończeniu spektaklu na­grodziła artystów obficie bra­wami. A ponieważ widownię stanowili, krytyczni w swej naturze, młodzi ludzie, ich oklaski są najlepszą recenzją przedstawienia.

Aktorzy zaimponowali przede wszystkim dobrym ruchem scenicznym, doskonale współgrającym z muzyką Dariusza Michalaka i Jarosława Winiec­kiego, dzięki czemu spektakl uzyskał pożądaną ekspresję i plastyczność. Nieco gorzej było z głosem. Nie wszystkie se­kwencje tekstu były dobrze sły­szalne, a jest to dla widza bar­dzo bolesne.

Jesienne wieczory sprzyjają zadumie i refleksji. Myślę, że taką okazję zamyślenia się nad własną kondycją mieliśmy wczorajszego wieczoru. Pozo­staje więc zaprosić na następne przedstawienie „Jesiennych Spotkań Teatralnych”. Tym ra­zem w poniedziałek, 25 listopa­da o godz. 18.30 i - o ile dopi­sze frekwencja - o godz. 20.30, wystąpi Teatr Grupa Chwilowa z Lublina ze spektaklem pt. „Postój w pustyni”. Organizato­rzy zapowiadają to przedsta­wienie jako główne wydarzenie spotkań.


DNI POLSKIE: SNY O ŻYCIU

Oldenburg. Ambitny projekt Dni Kultury Polskiej, zorganizowany z wielkim rozmachem i z pomocą, między innymi, Kraju Związkowego Dolna Saksonia, przez Kulturetage przy współudziale czterech polskich grup teatralnych o całkiem zróżnicowanym charakterze, zakończył się występem gościnnym Gdańskiego Teatru Snów. Występ ten poszerza spektrum o aspekt teatru ulicznego, który nie korzysta ze stałych pomieszczeń, montowanych kulis i bogactwa rekwizytów. Ale również pozostałe zespoły zrezygnowały z tej możliwości; w każdym razie wyposażenie łatwo było przemieścić.

Sztuka „Sanatorium”, od kwietnia w repertuarze teatru, jest literackim colagem składającym się głównie z tekstów Brunona Schulza, ale także wielu innych autorów, m.in. Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta i Adama Mickiewicza. Myślą przewodnią mocno zredukowanej akcji jest wprowadzenie w życie „bohatera teatralnego”. Spotyka się on w pewnym sanatorium z ojcem, matką, narzeczoną i zostaje skonfrontowany z ich wypowiedziami. Wprawdzie chce początkowo opuścić znowu dom, jednak prowadzony i osaczony przez postacie i okoliczności, decyduje się pozostać, staje się częścią sanatorium.

W przeciwieństwie do innych zespołów teatr gdański gra bardzo powściągliwie, odprężająco, łagodnie przy akompaniamencie colagu muzycznego znanych nieskomplikowanych melodii, których rytm kieruje wszystkimi ruchami małej grupy, wprawiając je w taniec i unoszenie się. Dominuje sen i rzadko budzi się z postaci. Również wtedy, gdy mają w stosunku do głównego bohatera różne zamiary, pozostają na płaszczyźnie życia pozornego, które w „Sanatorium” jest substytutem rzeczywistości. Nie da się jednak oddzielić jednoznacznie rzeczywistości od snu. W permanentnie płynnym ruchu, który jest sprowokowany muzyką i przez nią dźwigany i który opada ostatecznie na czerwonej chmurze, są momenty, gdy czwórka aktorów zamiera w jednym obrazie.

Są to punkty stałe i zwrotne posuwającej się wciąż dalej akcji. Czwórka aktorów, których nazwisk nie poznaliśmy, balansuje na cienkiej linie charakterystycznego, narzuconego ruchu zespołowego, który dominuje i pozostawia niewielką przestrzeń ruchowi indywidualnemu. Ale to jest właśnie typowa dla sanatorium sytuacja, gdy ja broni się ostatnimi siłami przed zrównaniem. Do tego potrzebne są już pomocnicze, krzesła, stoły, ramy okienne, drzwi, które mają własną symboliczną wartość, ostatecznie jednak chronią poszkodowaną jednostkę przed natarczywością innych. Taniec, recytacja, pantomima, obrazowa gestykulacja wymagają zgodności (zgrania się zespołu), a tę ma zespół polski w zadowalającym stopniu.

Polskie występy gościnne przyniosły przede wszystkim różnorodność i zróżnicowanie i z tego względu miały duże znaczenie informacyjne, przy czym nie ucierpiała jednak strona artystyczna. Pod tym względem projekt Kulturetage był bezkompromisowy, za co należy jej podziękować.




Republika marzeń

„... żadne marzenie, choćby nie wiedzieć jak absurdalne i nie­dorzeczne, nie marnuje się we wszechświecie. W marzeniu zawar­ty jest jakiś głód rzeczywistości, jakaś pretensja, która zobowiązuje rzeczywistość, rośnie niedostrze­galnie w wierzytelność i w postu­lat, w kwit dłużny, który domaga się pokrycia.”

„Marzenie nie jest antytezą, lecz dalszym ciągiem rzeczywistości, jest jej formą doskonalszą, która przyświeca większości naszych za­mierzeń.”

„Dom człowieka staje się jak stajen­ka betlejemska, jądrem, dookoła któ­rego zagęszczają przestwór wszystkie demony, wszystkie duchy górnych i do­lnych sfer.”

Bruno Schulz

„...baśniowość odczuć organizuje ludzkie życie, nieświadomie wytycza dążenie do zmiany na stan taki, który zgodny byłby z naturą psy­chicznego podmiotu.”

Republika marzeń - bezpieczny kąt do spędzenia kolejnej nocy.

Republika marzeń - spokojny, dostatni dom,

Republika marzeń - baśniowe państwo nadludzi.

Ida Bocian str. 40-41

Spektakl rozpoczyna muzyka. Miejsce gry jest jeszcze puste. Przedstawienie jednak zaczęło się już parę minut wcześniej, gdy na ulicach miasta pojawiają się dwie pary ubranych na czarno ludzi. Jedna para niesie stół i krzesła, druga - łóżko. Przystają na chwile, siadają, rozglądają się, sprawdzając, czy są na właściwym miejscu. Wreszcie pojawiają się na placu gry. Ustawiają meble, tworząc na ulicy pokój. Jedna z par zamieszkuje w nim. Próbują układać sprzęty, zacząć normalne życie. Druga para jednak wciąż im przeszkadza, wkraczając brutalnie w ich prywatność. Mimo tego udaje im się ustawić na stole świecznik, wyjmują parasol i skrzypce. Dziewczyna gra na skrzypcach, mężczyzna osłania ją parasolem. W tym momencie „interwenci” przykrywają ich wielką białą płachtą. Muzyka się zmienia. Wchodzą trzy postacie na szczudłach niosące nad głowami biały żagiel. Są zapatrzone w górę i skupione. Żagiel płynie w powietrzu. Para powoli wydostaje się spod płótna i przygląda się z zachwytem. Gdy zostają sami, konstruują własny, prowizoryczny żagiel z białej płachty. Bezskutecznie próbują unieść się w powietrze. W tej chwili pojawiają się skurczone i przygarbione trzy postacie. Grupka przebiega przez przestrzeń gry, uporczywie wpatrując się w dół. Para zniechęcona siada przy stole. Lecz oto znów pojawiają się szczudlarze, tym razem niosący trąby. Para podrywa się, chcąc przyjrzeć się trębaczom. I tym razem wkracza trójka pochylonych ludzi, którzy niczym kury, szukają czegoś na ziemi. Drobnym i szybkim krokiem przemierzają przestrzeń. Mężczyzna i kobieta chwytają meble, podążają za nimi. W tym momencie szczudlarze pojawiają się po raz trzeci - jako Ptaki. Zaczynają krążyć po przestrzeni, tańcząc. Para zachwycona obrazem podskakuje i biega. Zakłada szczudła i naśladuje ich ruchy. Jednak i on i ona są zbyt niscy by dosięgnąć Ludzi-Ptaki. Szczudlarze powoli oddalają się. Para decyduje się powrócić do swego domu. Próbuje usiąść przy stole, położyć się do łóżka. Są jednak zbyt wysocy. Kobieta po kolejnej próbie upada. Oboje zdejmują szczudła, są zrezygnowani i zmęczeni. Kolejny raz pojawia się „niski pochód” Ludzi-Kur. Zabierają meble, zostawiając parę samą Mężczyzna i Kobieta odchodzą. Na planie gry pozostają tylko porzucone szczudła.

 


Gazeta Wyborcza nr 71 17.08.1989

Teatr Snów

Teatr pełen ludzi

Agata Jakubowska

Zespołem, który nie miał sobie równych: którego przedsta­wienie odcinało się od klowna­dy i kuglarstwa, był „Teatr Snów” z Gdańska. Po obejrze­niu ich przedstawienia. „Repu­blika marzeń”, nie żałuje się 10 godzin spędzanych w zatłoczo­nym pociągu z Warszawy. Ekspresyjnie opowiedzieli o ludz­kich marzeniach: wyolbrzymio­nym gestem, mimiką pomalo­wanych na biało twarzy, rewe­lacyjnym tańcem na wysokich szczudłach. Szukajcie ich na ulicach Polski i świata, zapra­szajcie do swoich miast, bo „Teatr Snów” trzeba koniecznie zobaczyć. (...)


Kultura 1989

VII Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych

Popielnik

Krzysztof Głomb

(...)

„Wreszcie jakiś normalny teatr” – z radością oświadczyła mieszkanka miasteczka oglądając tego lata gdański Teatr Snów.

(...)

Wydarzeniem festiwalu okazał się jeden tylko, skromnie występujący i reklamowany Teatr Snów z Gdańska, kierowany przez Zdzisława Górskiego. Jego „Republika marzeń” – inspirowana prozą Schulza – zaskakiwała znakomitym opanowaniem warsztat niezbędnego dla ulicznej sceny, jasną konstrukcją wyrazistych obrazów, wzruszeniem jakie powoływała prostymi symbolami z niezwykłą łatwością. Ten teatr wyobraźni uciekający od huku bębnów i epatowania kolorowymi racami przywracał wiarę w to że z popielnika festiwalu uda się wynieść, być może, żarzący się jeszcze węgielek spotkania przeżywających wspólnie – aktora i widza, spotkania możliwego wtedy, gdy teatr chce rzeczywiście mówić do nas i o nas.


Scena nr 11-12/ naszych snów

Krzysztof Głomb

Jakieś miasteczko w Pols­ce. Kamienice i ratusz z szarego kamienia, w nim posępne sukiennice wypro­wadzające na odrapane centralne podwórko. W restauracji „wstrzymali” piwo i wódkę, bo przyjechali kome­dianci. Goście piwo dostają, przemykając się z owiniętą w papierową torbę butelką. Pa­pierosów - brak, kupić moż­na tylko najdroższe „Kapita­ny”. Zapałek nie było od ty­godnia. Wędlinę i sery rzuca­ją. Jak się zdarzy. Za chwilę mają grać. Można usiąść na ławce przy klombie, albo wyglądać z okna. Jak co roku przyjadą ci z bębnami i pu­szczą dymy, strzelą racę albo co.

Oczekiwanie. Z rogu rynku dobiega łagodna muzyka przywołująca. ku miejscu spotkania. Ludzie zbierają się powoli, ale wkrótce wśród olch pojawia się młody męż­czyzna w czarnym garniturze. Przechylony, z trudem niesie stół. Stawia go, przymierza do miejsca i znów taszczy dalej. Ludzi, gapiów, widzów przybywa. Między nimi znaj­dzie się po chwili dziewczy­na. Niepewna i zagubiona wydaje się szukać mężczyz­ny. W rękach trzyma krzesła, które wspólnie ze stołem two­rzą czarny komplet. Postaci spotykają się i pośród groma­dy ciekawskich próbują za­kreślić krąg własnej prywat­ności. Udaje się nie za pierw­szym razem, przeszkadzają im bowiem nowi przybysze taszczący łóżko. Każda stabi­lizacja trwa krótko, trzeba bronić zdobytego pola, stołu, białego obrusa. I świecznika. I skrzypiec. Życie jest ciężkie - ktoś komentuje z boku. Znów coś się dzieje: brutalny gest wyzwala niespodziewa­nie ukrytą, zdawałoby się ­głęboko, agresję. Ten akt bu­dzi wstręt, poniża we włas­nych oczach. Gasi czyste spojrzenia.

Wtem z odrętwienia wydo­bywa kobietę i mężczyznę niespodziewana wizja. Nad zalążkiem ludzkiego domu przepływa statek o białych żaglach. Budzi nieokreśloną tęsknotę. Wyzwala pragnienie uchwycenia chwili w niezapo­mnianym kształcie. Żagiel unosi się jednak dalej i dalej, pozostawiając postaci w żalu niespełnienia.

Z zapatrzenia wyrwie je nagle nadejście tych, co przy­gięci, złamani wpół szukają spełnienia blisko ziemi, jak stadko kur przeszukujących pole w poszukiwaniu poży­wienia. Trzeba rozglądnąć się wokół, trzeba teraz z roz­rzuconych sprzętów na nowo budować domowy porządek. Gdy już nastanie, tęsknić się będzie za krótką chwilą mi­nionego piękna i swobody.

Marzenie rodzi nowy obraz. I przybywają ptaki, ra­dośni aniołowie, zwiastuny lepszego świata, podrywając nadzieją na wspólne święto. Wznoszą się wysoko, ociera­ją się w tańcu śnieżnobiałymi skrzydłami o dach ludzkiego schronienia. Aby im dorów­nać, trzeba by wznieść się razem ku niebu. Kobieta i mężczyzna próbują tego do­konać na nasz ludzki sposób. Sztuczny - jak skrzydła Ika­ra. Prowizoryczny - jak na­sza codzienność. Daleki od piękna i lekkości ptasiego wi­rowania. Cóż, jeśli nie spo­sób uchwycić w locie bohate­rów marzeń. Aniołowie od­chodzą. Ludzie zaś pozostają porażeni swą bezsilnością. Opuszczeni, cierpiący. Kobie­ta upadnie teraz w chwili sła­bości, mężczyzna - próbując jej pomóc - także.

Ci, którzy nie próbują wzlo­tu, nie upadają. Powracają zatem zgięci i pokurczeni, by wykorzystać dogodny moment i zawłaszczyć majątek pogrążonych w smutku. Nie widzą nawet, że wyzwoleni ze szczudeł, które miały otworzyć drogę ku ptasiemu niebu, kobieta i mężczyzna gotowi próbować raz jeszcze, odchodzą w stronę, gdzie je­szcze przed chwilą majaczyły w oddali białe skrzydła.

Muzyka nie milknie. Można pozostać na ławce przy klom­bie, dalej wyglądać przez okno w wymalowanym przed sezonem turystycznym fronto­nie sypiącej się kamienicy. To taka chwila, kiedy musimy się obudzić z teatru do życia i budzić się bardzo nie chce­my.

W miasteczku zdarzył się teatr. Spektakl nosił tytuł „Republika marzeń" i podob­nie jak znane przedstawienie Rudolfa Zioło w Starym Tea­trze w Krakowie wywodził się z zainteresowania prozą Bru­nona Schulza. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Związek z Schulzem, choć nieprzypadkowy, w nikłej mierze kształtuje strukturę i wyraz ulicznej akcji gdań­skiego teatru snów. To jasne, że autorzy spektaklu z wi­docznym upodobaniem opo­wiadają o kreowanym świe­cie za pomocą ciągu metafo­rycznych obrazów-epizodów. Takie są ich upodobania a może nawet fascynacje lite­rackie. Ważniejsze jednak, iż przyswajając poetycki sposób obrazowania, zdobyli się na własny teatralny wyraz, od­rębny, wywiedziony z wielu współczesnych nadziei, frus­tracji i bóli.

W zdyscyplinowanym pla­stycznie, świadomie samoo­graniczającym się spektaklu teatru snów kostium, zesta­wienie rekwizytów, dramatu­rgia epizodów oddziaływują dwutorowo. Z jednej strony kierują uwagę na znaczenia konkretnie przypisane do co­dziennej rzeczywistości każ­dego z nas. Z drugiej - skła­niają ku uniwersalizacji, ku Stołowi, Żaglowi, Skrzypcom, Świecznikowi - by przypo­mnieć choćby kilka skoja­rzeń. Obracając się w kręgu powszednich znaczeń (do pewnego stopnia zbanalizo­wanych) sięgają ku skrajowi wielkiej metafory. W tym czy­telnym zderzeniu interpretacji rodzi się siła, z jaką „Repub­lika marzeń” bierze widza w posiadanie. A potem urzeka, wywołując niespodziewane seanse ciszy i skupienia poś­ród przypadkowej i rozbryka­nej zwykle publiczności.

Teatr snów nie podąża psychoanalitycznym tropem. Przeciwnie. Przywołuje naj­prostsze tęsknoty ludzi usiłu­jących urządzić swe życie na miarę zwykłych potrzeb, nie­wygórowanych ambicji i planów. Ludzi śniących o lep­szym świecie zbudowanym jednak ponad wszelkimi spi­sanymi w księgach utopiami społecznymi. W tych snach pojawia się kraina zagarnięta przez utopię najpiękniejszych międzyludzkich więzi. Rzą­dząca się prywatnością, wed­le nakazów nieznanego z na­zwy zespolenia przyjaźni i miłości, wedle sumy trwałego porozumienia i poznawania się w rytmie słońca i księży­ca. W „Republice marzeń” w optymistyczną wizję przemie­nia się wstrząsająca scena spotkania kobiety i mężczyz­ny, zastraszonych w codzien­nej szamotaninie. Powtarza­jący się motyw „Psalmów" pamiętamy także z wielu spotkań ze spektaklem lubel­skiej Sceny 6.

Uliczna akcja Teatru snów należy do rzadko dziś oglą­danych przedstawień plene­rowych, które nie zatrzymują się na poziomie anegdoty, popisu sztuki szczudlarskiej czy też plastycznej aranżacji. Zbliżona poetyką do prac lyońskiej grupy Cosmos Ko­lej, wyrazista aktorsko, szczerze opowiada o nas lu­dziach przezwyciężających indywidualne i zbiorowe dra­maty. Stanowi dowód dojrza­łości intelektualnej i arty­stycznej teatru kierowanego przez Zdzisława Górskiego. Budzi wreszcie nadzieję na kolejne wartościowe propozy­cje twórców pokolenia lat osiemdziesiątych dotkniętych kompleksem niższości w sto­sunku do swych kolegów i teatralnych mistrzów młode­go teatru poprzedniej dekady.


Poniedziałek 7.10.91

Wczoraj w Gdańsku

Republika Marzeń

Głos Wybrzeża

P.Z.

Za sprawą „Teatru Snów”, między godziną 12 w południe a 1 na Długim Targu w Gdańsku powołano wczoraj „Republikę Marzeń”. Taki właśnie tytuł nosił spektakl przedstawiony przechodniom spacerującym Drogą Królewską w słoneczną niedzielę

Przedziwne sztuki wyprawiali aktorzy wypełniający przestrzeń między Zieloną Bramą a Neptunem. Intrygującym ruchem ciał wprawiali całe metry carnej i białej materii (żagle, chorągwie, skrzydła) w intrygujący łopot. Do niesamowitości tego widowiska przyczynił się dodatkowo dość silny wiatr stanowiący wyzwanie dla samych artystów; zwłaszcza tych poruszających się na szczudłach.

„Teatr Snów" niejednego zjadacza lodów na. Długim Targu zaskoczył swoją opowieścią, którą trudno przełożyć no słowa.


Gazeta Wyborcza Morska Nr 159 11.07.1994

Teatr uliczny i plażowy

Lato Teatralne

Aleksandra Ubertowska

W czasie wakacji zwykle zamiera życie teatralne. Trójmiejskie sceny starają się wypełnić repertuarową pustkę imprezami sezonowymi. Gdańsk ma swój letni Festiwal Szekspirowski, gdyński Teatr Miejscki sprowadza na Wybrzeże spektakle impresaryjne. Sopot postawił na Lato Teatralne – i wygrał.

Sopot organizuje Lato Teatralne, cykl przedstawień, które firmuje teatr Atelier. W sobotni wieczór sopockie święto teatru rozpoczął Teatr Snów. Na Monciaku ośmioosobowy zespół przedstawił poetycką wersję „Republikę marzeń” Bruno Schulza. Spektakl, zbudowany z wizyjnych scen, z sugestywnym tłem muzycznym i widowiskowym tańcem na szczudłach w skupieniu podziwiały tłumy mieszkańców Sopotu i turystów. Aktor ulicznego teatru pożegnano prawdziwą owacją.(...)

Gazeta Wyborcza Morska 4-5.07.1998Ludożercy i żałobnicy

Gdańsk. II Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych Feta

Monika Brand

Czego to ludzie nie wymyślą – żachnęła się starsza pani na widok siedzącej na trumnie niewiasty w żałobie. Publiczność pierwszego dnia Fety, podążająca za francuskimi artystami, podzialiła się na dwie grupy. Jedni dlai się uwieść Compagnie Cacahuéte, inni z niedowierzaniem i lekkim oburzeniem śledzili poczynania zespołu.[...]

Ulica i wewnętrzny świat

Wyjątkowy, odświętny charakter miało przedstawienie Teatru Snów. „Republika marzeń” znajduje się wrepertuarze gdańskiej grupy od dziesięciu lat. Z pierwszego składu zespołu w Teatrze Snów pozostali tylko Alicja Mojko i Zdzisław Górski. „Republika marzeń”, oglądana kolejny raz, nieodmiennie wzrusza. Bohaterowie spektaklu opartego na prozie Brunona Schulza próbują znaleźć dla siebie miejsce. Ich próba wykreowania własnej, intymnej przestrzeni, ze stołem, łóżkiem, śnieżnobiałym obrusem, skonfrontowana zostaje z agresją czarnych, czarnych, szczudlatych bohaterów. W „Republice marzeń” zdumiewa mnie zawsze subtelna poetyka tego ulicznego spektaklu, oprawionego muzyką Mike’a Oldfielda. Odwaga lidera teatru, Zdzisława Górskiego, by na ulicy stwarzać kameralny i intymny świat przeżyć, by przy akompaniamencie rozgardiaszu panującego tu opowiadać nam poetycką historię, może imponować. Wbrew trudnym warunkom, z jakimi zmagać się musi teatr uliczny, Zdzisławowi Górskiemu i Alicji Mojko od ładnych paru lat udaje się robić sztukę. Bez fajerwerków i ognia, bez widowiskowej oprawy. Teatr Snów, skupiony na człowieku, każe swojej widowni myśleć. 10-lecie „Republiki marzeń” wiceprezydent Gdańska Adam Landowski uczcił okazałym bukietem, Elwira Twardowska, sprawczyni Fety, obdarowała artystów tortem. A potem już zabrzmiało „Sto lat!”.


Gazeta Wyborcza Morska Kultura 14.02.2001

Teatralne biesy

10 NA 10. Przedstawienia, które wstrząsnęły Trójmiastem

KPG, SW, BŚ

Przedstawiamy 10 spektakli, któ­re wstrząsnęły Trójmiastem w ostatniej dekadzie XX wieku.

Przedstawienia, które spotkały się z uznaniem ogólnopolskiej krytyki te­atralnej, wybitne role, widowiska „pod chmurką”, które zgromadziły kilkaset widzów, teatry niezależne z prężnie działającą sceną taneczną, teatralne skandale. Ten ostatni, sprzed kilku mie­sięcy u nas jako dodatkowy, jedenasty typ - spektakl, jakiego wybrzeżowy światek teatralny dawno nie przeżył.

Republika marzeń

reżyseria – Zdzisław Górski

Teatr Snów I989

Trupa Zdzisława Górskiego to ceniony weteran teatrów ulicznych, nie tylko trój­miejskich! Teatr konsekwentnie zadama­wia lirykę na ulicach Gdańska. To właś­nie twórca Teatru Snów był inicjatorem zorganizowania w Gdańsku w 1997 roku Festiwalu Teatrów Ulicznych i Plenero­wych Feta - obecnie największej impre­zy teatralnej na Wybrzeżu. Najważniej­szy spektakl grupy, „Republika marzeń” na motywach prozy Brunona Schulza zna­komicie oddaje oniryczną atmosferę „Sklepów cynamonowych”. W następ­nych spektaklach zespołu pół jawa, pół sen budowana była przy pomocy tych sa­mych środków - powolnego rytmu narracji, ospałych gestów aktorów. „Teatr Snów od lat usiłuje pokazywać na ulicy subtelny, owiany mgiełką poezji świat, w którym poruszenia szczudlarzy, biel żagli, skrzydeł czy obrusów wykreowują rzeczywistość jak z sennego marzenia” - pisała o grupie „Gazeta Wyborcza”.


Opcje 3/96 Dziennik festiwalowy

Piotr Zaczkowski

23.06. (NIEDZIELA)

Kiedy podchodzę do Placu Obrońców, „Sny” już grają. Znam Republikę marzeń i skupiam się na obserwacji otoczenia. ...Chłodnego, wypeł­nionego ledwie po części szpalerem widzów. Duże płyty i patetyczny pomnik dziwnie tonują uliczną etiudę, wyciszają, uspokajają. ...Bez po­śpiechu rozpoznaję przedmioty gry - łóżko obite czernią, krzesła, stół - i dopiero po chwili akto­rów. Bardziej nawet ich ruch, niż to, jacy się ob­jawiają. ...Liryczna, pełna nagłych zwrotów mu­zyka, ilustruje proste zdarzenie o losie przedmio­tów, o tęsknocie za porządkiem i hierarchią, za marzeniem, na które - jak na ustawione na tafli stołu krzesło - można wspiąć się, ...które przez chwilę ofiaruje jakąś pewność, jakiś obraz. ...Dwoje protagonistów - chłopiec i dziewczy­na w surowych czerniach - podnosi i porzuca przedmioty: futerały, rekwizyty, detale. Każda zmiana nastroju, każde przejście, są zmianą czy przejściem, dla których nieoczekiwanym partne­rem staje się miasto, jego ulice i zimne chodniki, szum samochodów, zainteresowanie albo obo­jętność pojawiających się obok planu gry ludzi. ...I właśnie tą z trudem zbudowaną jedność, ...jednaką obecność moją, stojącej obok młodej dziewczyny z psem, zabłąkanego w drugi plan kloszarda i plamkę czyjejś twarzy w oknie hote­lu „Silesia”, nasze wspólne oglądanie, dopełni ­jak coś oczekiwanego - najbardziej zawsze in­trygująca poezja ulicznego teatru: nadchodzący na koturnach szczudeł aktorzy. ...Kilka razy zmie­niam miejsce obserwacji, przyglądam się wi­dzom, próbuję, znając następstwo obrazów, za­domowić się pomiędzy teatrem a tym, co pozo­staje na zewnątrz niego. ...Zdarzenie wewnątrz przygotowanego do gry kręgu trwa czas jakiś, do­gasa. Milknie muzyka, ciszę i nieobecność akto­rów zakłóci jakoś niepotrzebnie szmer oklasków. ...Kilkadziesiąt metrów od miejsca pleneru bryłę Teatru Śląskiego zdobi od frontonu opaska trans­parentu: „115 lat PSS Społem w Katowicach”.


Pokusa


Było to pierwsze przedstawienie uliczne Teatru Snów. Premiera miała miejsce w czerwcu 1987 roku na rynku w Poznaniu podczas Jarmarku Świętojańskiego.



Przebieg zdarzeń

Para młoda trochę zabawna bo niezbyt dopasowana wędruje przez miasto. Ona niewysoka on na szczudłach. Towarzyszy im anioł. Wyglądają jakby wracali po ślubie. Zaskakują przechodniów, którzy dostrzegają ich wytrąceni z normalnego rytmu codzienności. Z oddali dobiega muzyka. Po kilku minutach para zbliża się do miejsca gry i zamieszkuje w wybranym domu. Wszystko układa się dobrze, mają dziecko. Ona pojawia się w oknie na piętrze z niemowlęciem w koszyku. W tym samym momencie w plan gry wkracza Cyrkówka. On jest wyraźnie zauroczony jej popisami. Jego żona pojawia się też przed domem. Anioł próbuje jakoś interweniować.

Cyrkówka znika tymczasem w domu i po chwili widzimy ją z koszykiem w oknie. Rzuca koszyk na ulicę. Wypada z niego biała materia. On wchodzi po schodach do drzwi i próbuje je otworzyć. Kopie w nie, potem próbuje wysadzić petardą. Pluje w kierunku Cyrkówki ogniem. Spada ze schodów. Nieporadnie próbuje się podnieść. Panna Młoda zrzuca białą sukienkę. Pod nią ma czarną. Pomaga mężowi wstać. Oboje odchodzą. Anioł zdejmuje skrzydła. Zakłada szary płaszcz-prochowiec i odchodzi za nimi. Kończy swoją misję. Wtapia się w ulicę. Muzyka cichnie.



Scenariusz i reżyseria: Zdzisław Górski
Oprawa plastyczna: Alicja Mojko i Zdzisław Górski
Muzyka: collage (Andreas Vollenveider)

 IV Dni Sztuki Współczesnej

Perełki w ulewnym deszczu

Awangarda zawitała do Białegostoku w tym roku nie w takiej może obsadzie jakiei byśmy sobie życzyli, lecz i tutaj trafiły się perełki. Program IV Dni Sztuki Współczesnej, dość różnorodny, miał ambicje nie tyle prezentację pełnego obrazu naszego współczesnego teatru otwartego i alternatywnego ile pokazanie niektórych tendencji w sztuce współczesnej. Rozbudzić pragnienia bliższego obcowania ze współczesnością artystyczną - taki był jeden z głównych celów tych trzydniowych spotkań.

(..)

Cieka­wość przemogła nawet takie niedogodności jak deszcz, któ­ry solidnie polał widzów podczas piątkowych przedsta­wień gdańskiego Teatru Snów. Publiczność nieco przemarznięta, bywało - drżąc od chłodu towarzyszyła wszy­stkim występom plenero­wym wytrwale. Sporo heroiz­mu wykrzesali też z siebie aktorzy, którzy - upodobawszy sobie dziedziniec ratuszowy nie decydowali się na prze­niesienie się z grą do Famy.

Na szczęście kostiumy do „Pokusy” zamoczone i zabło­cone w piątek, zdążyły do sobotniego przedpołudnia wyschnąć i Teatr Snów mógł wystąpić po raz wtóry.

Dlaczego zespół gdański ­- najbardziej poszkodowany przez aurę - nie wystraszył się wiszących nad ratuszem ciężkich chmur?

- Plener jest o tyle fa­jny, że niesie więcej niewia­domych - mówi Zdzisław Górski. - W ,,Pokusie” np. jedną jest przemarsz akto­rów ulicami, zaczynający się - zawsze ilekroć to możli­we - od kościoła. Państwo młodzi wędrując wywołują najróżniejsze reakcje. (Panu Młodemu szczudła, na których bardzo sprawnie biega i wykonuje najróżniejsze ewolucje, dodają nienaturalnie wzrostu, tym szokuje. Jedni komentują to krótko: „O, wariaci!”. Inni składają nam życzenia na nową drogę życia. Najspontaniczniej reagują dzieci. Balansujemy jakby na granicy teatru i życia. Wiele niewiadomych niesie nam też sama przestrzeń. Nasze wymagania wobec organizatorów są niewielkie. Byle zapewnili nam drzwi i okna - najlepiej nad drzwia­mi. W Białymstoku bardzo ładnie zagrała nam architektura. Toteż mimo nie sprzyja­jącej aury przeniesienia się do Famy absolutnie nie bra­liśmy pod uwagę.

Teatr Snów obiecał swój u­dział w V DSzW. W czerwcu zaś Alicję Mojko i Zdzisława Górskiego - aktorów i dusze Teatru, wraz z młodziutkim zespołem obejrzeć będziemy mogli w przygotowywanym właśnie widowisku „W drodze do raju”. Jeśli okaże się również przejmujące i dobrze grane – warto obejrzeć.

Tymczasem zespół pojechał na Festiwal Teatrów Studen­ckich do Brna. - stąd zamiana godziny ostatniego spektaklu.­

(…)

Małgorzata Prużyńska

Gazeta Współczesna Nr 123 (11423) 27.05.1988 (piątek

 Anioł na rynku

Anioł nie zstąpił z niebios – lecz przyjechał z Gdańska. Aniołem była aktorka Teatru Snów, Bożena Augustyniak. Pojawiła się na krościeńskim rynku, by rozpocząć spektakl „Pokusa”, jedno z przedstawień, jakie mogli obejrzeć mieszkańcy podkarpackiego miasta dzięki odbywającemu się tam Ogólnopolskiemu Festiwalowi Teatrów Ulicznych.

ORGANIZATORZY. – Idea teatrów ulicznych przyszła, rzec można, z Zachodu: popularne są tam bardzo tzw. „one man show”, teatr jednego aktora; grane na ulicy dla przypadkowych widzów. I nikomu to ujmy nie przynosi, nie świadczy o niższym poziomie artystycznym wykonawcy. U nas ruch teatrów ulicznych jakby się dopiero rozkręcał; skoro ludzie nie chcą przyjść do teatru – teatr musi wyjść do nich.

Krosno kupiło pomysł organizacji festiwalu – i o ie zdołamy zdobyć sympatię i zainteresowanie publiczności – a o to może być trudno, wszak to zupełnie odmienna od klasycznej, dramatycznej, formuła teatru – można będzie pokusić się o powtórzenie imprezy, za kilka lat może w obsadzie międzynarodowej – Jerzy Zoń, komisarz artystyczny festiwalu. – O popularności instytucjonalnego teatru wśród krośnieńskiej publiczności mogliśmy się przekonać przy każdej wizycie artystów teatrów zawodowych - spróbujmy wiec zainteresować ludzi teatrami ulicznymi, nowatorskimi; czy nie okażą się zbyt awangardowe dla przeciętnego krośnianina - Jerzy Łosiak, dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury, współorganizatora festiwalu.

Anioł wprowadził na wyznaczoną kredową linią „scenę” („Może to zbyt wielkie słowa, ale traktujemy to jako miejsce sztuki, nieprzekraczalne sacrum teatru” – Alicja Mojko) kontrastującą z sobę Parę Młodą: On olbrzymi na swych szczudłach, Ona – mała z wyrazem szczęśliwej niepewności na przysłoniętej woalką twarzy. Anioł podał im dziecko – wtedy, jakby z innego wymiaru, z iście piekielnym dynamizmem wkroczyła Cyrkówka – rozpoczęła z Nim walkę – walkę nieustępliwą – choć kuszącą – nawet pociągającą Anioła - wreszcie uległa – On ruszył w pościg – próbował powstrzymać go Anioł – bezskutecznie jednak – wtedy Ona zrzuciła ślubny strój – stanęła w czarnej sukni – smutek opuszczenia – Cyrkówka, jak spod ziemi się zjawia – zabiera jej dziecko i ginie za zamkniętymi drzwiami...

AKTORZY. Alicja Mojko, Bożena Augustyniak, Monika Labenz, Katarzyna Szpakowska i Zdzisław Górski z Teatru Snów: - Nie jesteśmy wyłącznie teatrem ulicznym, występujemy także na scenie – stąd możemy porównywać, oceniać przewagi jednej formuły scenicznej nad drugą. Teatr uliczny daje aktorowi to, co dla jego kolegi z teatru klasycznego jest nieosiągalne: bezpośredni kontakt z widzem, nie oddzielonym barierą mroku, nie kryjącym się za reflektorami – z widzem, który przez niego nie namawiany, z własnej woli zatrzymał się, by obejrzeć spektakl. Jest to doskonała szkoła aktorska, leczy z tremy dzięki bliskości odbiorcy, stawia w sytuacjach, kiedy żaden reżyser nie pomoże, żadna opuszczona kurtyna – trzeba samemu decydować o kolejnych posunięciach. Nie grozi popadnięcie w rutynę, sztampę, gdyż każdy spektakl jest inny, w zależności od reakcji widowni koryguje się go, wprowadza nowe elementy...

Udział w takich, jak to spotkaniach dostarcza nam nowych doświadczeń, wrażeń: żwierza publiczność, po raz pierwszy spotykająca się z teatrami ulicznymi daje gwarancję autentyczności reakcji, nawiązujemy nowe kontakty (prowadzący Galerię – „Na strychu” w Brzozowie „sprzedał nam własną metodę malowania drewnianych masek: nie zdradził pomysłu profesjonałowi, a nam dał gratis); największa nasza radość - to zyskiwanie nowych przyjaciół. „Czemu tak mało było, my cały rok na was czekamy” – usłyszeliśmy w Lwówku Śląskim – i to są te dobre chwile, które rekompensują wszystkie trudności...

 

Spektakl - to pomysł, do którego wszyscy dodaliśmy coś od siebie, nasza inwencjawpływa na efekt ostateczny. Głównym zadaniem jest stworzenie zespołu, a nie tylko produktu finalnego. Zdzisław grał ostatnio z gorączką, lekarz nie mógł zrozumieć, że nie chce L-4 – on przecież nie mógł rozbić zespołu... Dajemy widzom to, co najlepiej potrafimy – w zamian oczekujemy współpracy, współdziałania w tworzeniu przedstawienia.

 

Publiczność. Chociaż organizatorzy obawiali się jej reakcji – to znając zachowanie widowni krakowskiej podczas ulicz­nych przedstawień stwierdzić mogę, że wcale nie było źle. Zdarzały się różne nie­porozumienia, wskutek na przykład zaska­kujących posunięć niektórych pijanych wi­dzów (Cyrkówka miała po spektaklu prze­prawę z dwoma, innym razem pijany pocałował Anioła, a rozeźlił go Pan Młody) - ­ale to wszystko mieści się przecież w poetyce teatrów ulicznych.

Pierwszymi widzami są zazwyczaj dzieci – i podczas OFTU nie było wcale inaczej – dopiero po „skuszeniu” najmłodszych starsi zaczynali żywiej reagować na aktorskie wysiłki. Były oczywiście i pochopne, odzywki w rodzaju odpowiedzi na deklarację artystów „Pstrąga” z Łodzi: „Powiemy wam, co o was myślimy, a wy, co myślicie o nas”. Odpowiadano: „Żeście idioci!”; były hasła typu „Jarosław”, „zboczeńcy” – ale było też sporo oklasków, śmiechu w odpowiednich momentach – i ciszy – która dla Teatru Snów jest sukcesem największym. „Pokusie” towarzyszyły zrazu szmerki rozmów, dogadywania, komentarze – rychło jednak ostatni oponenci uciszyli się, finał nastąpił pośród milczenia widzów. Dopiero po długiej pauzie rozbrzmiały brawa

- W Dukli, kiedy w jednej scenie klaskałem na ptaki, chcąc je „złapać” do klatki, usłyszałem głos: „Co za łobuz, ptaki łowi”, w Brzozowie zaś doradzono mi, jak ptaka schwytać – śmieje się Zdzisław Górski.

  - Chociaż nie zawsze spotyka nas życzliwość, to jednak ani w Dukli, ani w Brzozowie, ani w Krośnie nie odmówiono nam wstępu do mieszkania – do spektaklu potrzebne jest okno i drzwi – odpowiada Monika Labenz. – W Dukli pani, pani u której gościłam, chciała mi dać buty (gram boso), zamknęła nawet psa, by mi nie przeszkadzał.

  - W czasie przedstawienia mała dziewczynka cały czas zagadywała, kręciła się, taki mały natręt... Po spektaklu zaniemówiła. Zapytałam o wrażenia, czy się podobało – wspomina Alicja Mojko.– „Nie, ta pani była zła, bo wszystko zabrała” – odpowiedziała. I ta lakoniczność po poprzedniej gadatliwości, lakoniczność świadcząca o zrozumieniu sztuki była dla mnie wielką nagrodą.

  Teatr uliczny, opierający się na muzyce, pantomimie, akrobacji, stosujący elementy widowisk kuglarskich i wszelkiej innej proweniencji, nie może epatować widza słowem; on prowokuje, zmuszając niejako do zajęcia konkretnego stanowiska: od totalnej negacji po afirmujące jakby własne uczestnictwo w przedstawieniu, współtworzenie go. Tu nie ma miejsca na zdawkowe, grzecznościowe oklaski; zastępuje je spontaniczność i szczerość i reakcji. A że wywołuje i nieprzychylne komentarze? Nowe musi rodzić się w bólach – a dla mieszkańców Krosna, Biecza, Iwonicza, Dukli i Brzozowa z całą pewnością była to nowość. I nie powinno dziwić takie, a nie inne zachowanie widzów; w końcu, powtórzę, wcale nie inaczej odbierali pierwsze spektakle Teatru KTO krakowianie – a w ich mieście, mimo wszystko, więcej było szokujących nowatorstwem wydarzeń kulturalnych, niż w podkarpackich okolicach...

Anioł jak Herbertowski: tyle, że nie włożył pod pachę, a rzucił na ziemię swe skrzydła – włożył prochowiec – i w tym szarym uniformie wkroczył w tłum – zszedł z placu, po którym triumfująco tańczyła Cyrkowka – zbierająca skrzętnie wszystkie po szczęściu i swej z nim walce pozostałości...

Waldemar Bałda Widnokrąg Nr 27 (887) 14 lipca 1987 r. Rzeszów


Album snów

Scenariusz spektaklu (zapisany przez Jerzego Kamrowskiego)



Ciemno. Promień światła ożywił starą, wypłowiałą fotografię. Oto oni. Ojciec i Matka wędrują przez sen. Za nimi podąża Dziewczyna z Walizką. Zatrzymuje ją świetlny krąg. Z kątów wypełzają fantomy jej snów, pragnień, wyobrażeń. Jest Amant Fryzjer z Tczewa, jest Trochę Czarownica Trochę Dziwka, Śmiertka w Masce, Panna Młoda w Żałobie, Ten Który Wzleci i Stary Grajek w Krótkich Spodenkach. Fantomy przybliżają się do Dziewczyny z Walizką, coraz wolniej i wolniej, w końcu zamierają. Cóż to, Walizka z nagła się otwiera. Z wnętrza wypadają Lalki. To może fantomy ożywić, lecz czy je zainteresuje? Wracają do swoich kątów. Dziewczyna zbiera Lalki. Niby nic się nie stało a jednak otworzył się Album snów. Istniejące własnym życiem fantomy zmuszają do wspomnień? Marzeń? Oto Amant Fryzjer z Tczewa. Może go kochała, może na niego czekała, może o nim marzyła. Idzie ku niej z serdecznym gestem powitania. Są już tak blisko siebie. Niestety w chwili spotkania on przenika przez Dziewczynę z Walizką i gdzieś dalej dąży, gdzieś, z serdecznym gestem powitania. Widzimy go znów. Zbiera. Ma już dużo. Chce jeszcze więcej. Wszystko do kieszeni. Nie zważa na nic. Nie widzi Dziewczyny, która przysiadła na Walizce. Nie wie, że kieszenie dziurawe. Nie wie, że mając wszystko nic nie ma... Dziewczyna z Walizką. Dokąd pójść? Jak łatwo zgubić trop w nieznanym sobie wymiarze. Może tam? A może tu? O, w tamtym kierunku przemknęła jakaś grupa. Nie, nie zdążyłam. Oni wracają więc może... też n.i..e ... Stary Grajek w Krótkich Spodenkach. Te skrzypce dostał na ósme urodziny. Kiedyś chyba kochał tę Dziewczynę. Tylko dla niej gra, choć nigdy grać nie umiał. Dla niej? Nie. Dla siebie. Najpiękniej jak potrafi. Piski. Zgrzyty. Jest niby motyl egzotyczny. Złowić go w siatkę, do kolekcji włączyć. A wtedy? Najpiękniejsza z pięknych, podniebna i słodka muzyka, melancholijnie wszystko wam /?/. Trochę Czarownica Trochę Dziwka na uboczu odprawia misterium. Ciekawe co może zyskać mając Walizkę? Więc ku Dziewczynie. Pokaż mi ją. Daj. N..i.e.. Dziewczyna z Walizką cofa się przerażona. Ale tu jest jeszcze ktoś. Panna Młoda w Żałobie i Ten Który Wzleci. Stoją odświętni, uroczyści. Trochę Czarownica Bardziej Dziwka odmieni tę Młodą w Żałobie, odbierze jej Tego Który Wzleci. Niestety, Ten zwinie się, skurczy pod naporem kobiecości. Amant Fryzjer z Tczewa, Amant budzący wszechpożądanie. Oto okrążają go. Kuszą. Dziewczyna z walizką, Panna Młoda w Żałobie, Trochę Czarownica Trochę Dziwka. Kogóż taki może wybrać! Wdzięk Trochę Czarownicy Bardziej Dziwki przecież tak zniewala. Lecz oto, z boku, pojawia się Śmiertka w Masce. Zakochana w sobie. Nie widzi nic, nie słyszy, tańczy dla siebie, zwodzi ku sobie. Któryż Amant Fryzjer z Tczewa nie poszedłby za taką? A ona... tańczy coraz piękniej, a ona tańczy coraz bardziej obojętna, a ona zdejmuje mask... Przystanek. Dziewczyna stoi. Obok Walizka. Ta Walizka. Mieć tę Walizkę. Pełznie Trochę Czarownica Trochę Dziwka. Już j..ą.. m..aaa... Nic z tego. Z szyderczym uśmiechem odciąga ją Stary w Krótkich Spodenkach. Walizka musi być jego! JEGO! Pospieszył się. Wychylił za bardzo. Dziewczyna brutalnie wczepia się w jego włosy. Brutalnie odciąga. Brutalnie rzuca na ziemię. Widzi to Matka... W jej oczach łzy. Ten Który Wzleci gotuje się do lotu. Za chwilę oderwie się od ziemi. Nie. Podpełza ku niemu Amant Fryzjer z Tczewa. On też chciałby lecieć a może tylko przeszkodzić? Mocno więc chwyta nogę Tego. Nic nie pomogło. Ten Który Wzleci odpycha go drugą nogą i... odlatuje. Na ziemi pozostaje Amant Fryzjer z Tczewa. Dąży ku niemu Panna Młoda w Żałobie, usiłuje podnieść, zbyt ciężki, ciągnie więc z wysiłkiem... Oto Ten Który Wzleciał. Leci ciężko. Z połamanymi skrzydłami. Na jego grzbiecie lekka i radosna Dziewczyna z Walizką. Amant Fryzjer z Tczewa, oślepły, samotnie pielgrzymuje w przestrzeni. Cóż to? Przeszkoda? Szmaciana? Zerwać ją! Za zasłoną stos fantomów w rozkładzie. Dziewczyna z Walizką podąża za Amantem Fryzjerem z Tczewa, zatrzymuje ją krąg świetlny. Walizka otwiera się. Wysypują się połamane lalki. W ciemności nikną postacie Matki i Ojca.
Album snów się zatrzasnął.




Scenariusz i reżyseria: Zdzisław Górski
Opracowanie plastyczne; Alicja Mojko i Zdzisław Górski
Muzyka: collage