„Teatr Snów – teatr uskrzydlony” Eugeniusz Brzeziński
Gdzieś w cieniu tej wielkiej teatralnej Sztuki, tej owianej legendą wielkich nazwisk autorów, słynnych realizacji reżyserskich i genialnych (lub może czasem nieco mniej genialnych) kreacji aktorskich, z którymi mamy do czynienia dzięki aktywności Sceny Polskiej, kwitnie życie teatralne innego zupełnie gatunku, kalibru i zasięgu. Obok teatru tradycyjnego, z budynkiem i adresem sceny macierzystej, z publicznością w wieczorowych strojach i ciemnością sali w kontraście z jasną plamą sceny istnieje coś, co nauczyliśmy się nazywać teatrem alternatywnym. I żeby nas nazwa nie myliła: alternatywy nie stanowi tu ani amatorszczyzna - choć i ta się zdarza, ale przecież zdarza się ona również teatrom tradycyjnym, zawodowym – ani zawartość myślowa przedstawień. Alternatywą jest tu środek przekazu, forma, w jakiej artyści oddają swoje przemyślenia, swoją wizję świata, swoją filozofię życia. Teatry te nie mają zwykle swojej własnej sceny, miejscem ich występów jest ulica. Zobaczyć je można en masse na wielkich festiwalach i przeglądach: w Edynburgu czy Awinionie, lub tych nieco mniejszych: w Toruniu czy Jeleniej Górze. Ale zobaczyć je można też pojedynczo na rynkach miast europejskich od Gdańska po Brugge, od Kopenhagi po Wenecję, w Chojnicach czy Bredzie. Te najsłynniejsze, najbardziej uznane, to Teatr Ósmego Dnia, Biuro Podróży i Teatr Snów. Właśnie przedstawieniom tego ostatniego chcę kilka słów poświęcić jako, że zdarzyło mi się niedawno obejrzeć dwa spektakle tej gdańskiej grupy (a może trupy?) ulicznej. Pierwsze, to oparta na opowieści o Don Kichocie, „Wizyta”. Bardzo piękne i jak każdy spektakl tego teatru, bardzo efektownie wyreżyserowane i perfekcyjnie zagrane przedstawienie. Jest to teatr bez słów, ale symbolika postaci i dekoracji, nader skromnych, jest bardzo czytelna i zrozumiała dla każdego wrażliwszego widza. Zresztą mocą tych przedstawień jest to, że zachwycają się nimi wszyscy. Ci, którzy dostrzegają tylko ich wyjątkową widowiskowość i ci, którzy tę widowiskowość traktują jak ubranie, w którym przekazuje się treści głębsze, bardziej uniwersalne, ogólnoludzkie. Sam bohater, grany przez reżysera i autora większości spektakli Teatru Snów, Zdzisława Górskiego, jest bardzo pięknym Don Kichotem. Jego walka z wiatrakami stanowi prawdziwy pokaz perfekcji aktorskiej, a akrobacje na szczudłach przyprawiają widza o gęsią skórkę. W tej sztuce Don Kichot znajduje swoją Dulcyneę, znajduje Dom, w którym czeka na niego stół i łóżko. Dom, w którym może wreszcie spocząć po swoim burzliwym życiu. Czyżby miało to oznaczać koniec romantyzmu, koniec złudzeń, marzeń o celach wyższych, poddanie się codzienności, wyrzeczenie się ideałów? Nie, bo upuszczoną lancę podnosi Sancho Pansa - uosobienie realizmu i tzw. zmysłu praktycznego. Podnosi, przygląda się jej przez chwilę i... rusza na poszukiwanie „wiatraków”. Bo romantyzm jest w swym pięknie zaraźliwy. I nigdy nie wiadomo, kiedy w człowieku, zajętym swoimi prozaicznymi problemami dotyczącymi bytu i przetrwania obudzi się ta malutka iskierka zapalająca wielki ogień w sercu. Może czasem słomiany, krótkotrwały, samoniszczący wręcz. Może nawet niepotrzebny z punktu widzenia tych wszystkich stojących z boku i nim nie objętych. A jednak jakże często coś się z niego rodzi! Z tej chęci, musu wręcz, czynienia dobra, walki ze złem tego świata nawet, jeśli wszyscy mówią, że to walka z góry przegrana. To nic, i tak trzeba ją podjąć. W imię ideałów, w imię Człowieka i jego być (w odróżnieniu od mieć). Drugie przedstawienie, które widziałem, to „Republika marzeń” - pierwsza uliczna produkcja Teatru Snów, spektakl powstały w pamiętnym roku 89-tym i grany z powodzeniem do dziś. Spektakl wyrażający nadzieje, których tak wiele mieli Polacy w okresie obalania realsocjalizmu. „Republika” mówi o nas, o ludziach szukających sobie miejsca w życiu. Tego dosłownego, konkretnego miejsca, w którym chcielibyśmy postawić nasze łóżko, stół i krzesła, ale też tego innego, w sferze niematerialnej, tego sensu życia, odpowiedzi na pytanie: po co? Bo żyjemy wszak nie po to, żeby jeść i gdzieś mieszkać. Chcemy czasem wznieść się na skrzydłach Ikara ponad los „ludzi-robaków”, ludzi żyjących z nosem przy ziemi, w ziemi ryjących, szukających tam jakichś resztek, jakichś odpadów, próbujących często zabrać nam to, co w nas dobre i trwałe. Ale kiedy my, zapatrzeni w „ludzi - ptaki'” próbujemy, jak Oni, wzbić się w niebo, nie bardzo nam się to udaje. Spadamy z połamanymi skrzydłami. A do tego „ludzie-robaki” zawładnęli naszym domem. Ale cóż to? Ludzie ci (bo przecież - ludzie) po raz pierwszy podnieśli głowy, zapatrzyli się w coś daleko, na niebie, zadumali się jakby nad własnym losem. I nagle, już wyprostowani, ruszają w kierunku tego czegoś dalekiego i ulotnego, co właśnie dostrzegli. A my? Cóż, mimo bolesnego upadku, mimo straty tego, co było dotychczas naszym domem, pozbieramy jakoś połamane kawałki, powtykamy wypadłe pióra, zmontujemy nowe, może lepsze, skrzydła i spróbujemy jeszcze raz. Bo jak długo życia, tak długo nadziei. Tych spektakli nie da się opowiedzieć - to tylko zarys treści, który tu szkicuję. Moc i piękno tych przedstawień polega na ich obrazach, jest coś absolutnie fascynującego w tych ogromnych, białych płachtach skrzydeł, przypiętych do ramion szczudlarzy-ptaków. W ogóle operowanie przez aktorów czernią i bielą tylko daje wspaniały efekt wizualny. A wyjątkową poetyckość podkreśla cudowna, często specjalnie skomponowana, muzyka. Do tego przedstawienia potrzebna jest przestrzeń, najlepiej jakiś plac, rynek (na Długim Targu w Gdańsku wyglądają podobno najokazalej), choć na sportowym boisku, na którym oglądałem ich wraz z dużą grupą równie zachwyconych widzów, w belgijskim Leuven, nie wydawali się być nie na miejscu. Słyszałem na tamtej imprezie głosy, że trzeba ten teatr koniecznie sprowadzić do Holandii. Wygląda na to, że tak się stanie. Jeśli wszystko ułoży się zgodnie z zamierzeniami, Teatr Snów wystąpi z „Republiką marzeń” podczas Dni Kultury Polskiej w Delft w końcu września. Nie przegapcie Państwo tej okazji, gdyż naprawdę trzeba to zobaczyć. I namawiajcie swoich holenderskich przyjaciół i znajomych. Bo teatr, to nie tylko pomieszczenie z miękkimi fotelami i sceną, na której możemy podziwiać gwiazdy. Teatr wziął się z ulicy, z Commedia Dell'arte i czasem wciąż jeszcze na tej ulicy potrafi zabłysnąć najprawdziwszym blaskiem.
„Teatr Snów – teatr uskrzydlony” Eugeniusz Brzeziński
Scena Polska Nr 2(10)/1997
„Teatr Snów – teatr uskrzydlony” Eugeniusz Brzeziński
Scena Polska Nr 2(10)/1997

